piątek, 20 lutego 2015

(*)

    Ten post jest postem setnym. Takie zdarzenia - okrągłe, jubileuszowe - chcemy zwykle kojarzyć z przyjemnościami, radością, miłymi wspomnieniami... Jubileusz - zwłaszcza taki prywatny - to jednocześnie akcent czegoś ważnego, czegoś, co ma dla nas duże znaczenie... Jeśli setny (czy którykolwiek) post może być ważny, chcę, by jego zawartość niosła dla mnie - jutro, za miesiąc, za 10 lat, zawsze - pamięć o jednym z ważniejszych i najsmutniejszych dni w moim dotychczasowym życiu. 
  Nie będzie więc torcika, baloników, ani jubileuszowego candy, które roztoczyłyby pełną uśmiechów i miłych powinszowań atmosferę w Przędzalni Rozmaitości - będzie krótkie wspomnienie o kimś bardzo dla mnie ważnym, drogim, kochanym. O kimś, kto dziś nad ranem, odszedł na zawsze, po 18 latach wspólnego życia, przeplatanego bardziej radością, niż smutkami, i pozostawił mnie (wbrew własnej woli) z ciężarem, który będzie mi strasznie trudno dźwigać, nie wiem, jak długo. 
Wspomnienie o Poli, mojej najukochańszej czworonożnej przyjaciółce i pupilce.
Kiedy trafiła do nas z ulicy, miała jeszcze mleczaki i złamaną, źle zrastającą się  przednią łapę. Od razu wybrała sobie mnie na największy obiekt miłości i przywiązania. Z wzajemnością. Moja córka, pocieszając mnie w ostatnim czasie, przekonywała, żebym wobec nieuchronnego kresu Poluni myślała o tym, jak dobre miała ona życie. To prawda. Była pełnoprawnym członkiem rodziny. Gdyby umiała siedzieć przy stole, jadałaby posiłki razem z nami... Cóż, będę w najbliższych dniach szukać ukojenia w myśleniu o tym, jak była przeze mnie kochana, pieszczona, jakie boje toczyłam o to, by wracała do życia i podnosiła się po wszystkich straszliwych chorobach, które ją bezlitośnie dopadały. Kładzie się jednak na tym wszystkim bolesny cień, bo mimowolnie nie udało mi się uniknąć okrucieństwa wobec mojej ukochanej Poluni: nie potrafiłam zdobyć się na decyzję skrócenia jej cierpień. Kiedyś podjęłam taką decyzję wobec Normy i długo nie mogłam jej odchorować. Wiem, że to mnie nie tłumaczy, wybacz kochany Piesku! Podjęłam tę decyzję dopiero wczoraj, lekarz miał przyjechać dziś o 14. Mam do siebie pretensje, że nie rozpoznałam agonii Poli, bo uprosiłabym go, by przyspieszył wizytę. Odeszła między 3. a 4, godziną 20 lutego 2015 r. Tak bardzo chciałabym, żeby czekała na mnie za Tęczowym Mostem...

W tej części nieba jest miejsce zwane Tęczowym Mostem.
Kiedy odchodzi zwierzę, które było szczególnie bliskie komuś,
kto pozostał po tej stronie, udaje się na Tęczowy Most.

Są tam łąki i wzgórza,
na których wszyscy nasi przyjaciele mogą bawić się i biegać razem.
Mają tam dostatek jedzenia, wody i słońca, jest im ciepło i przytulnie.
Wszystkie zwierzęta, które były chore i stare
powracają w czasy młodości i zdrowia,

Te które były ranne lub okaleczone są znów całe i silne,
takie, jakimi je pamiętamy marząc o czasach i dniach, które przeminęły.
Zwierzęta są szczęśliwe i zadowolone, z jednym małym wyjątkiem:
każde z nich tęskni do tej jedynej, wyjątkowej osoby,
która pozostała po tamtej stronie.

Biegają i bawią się razem, lecz przychodzi taki dzień,
gdy jedno z nich nagle zatrzymuje się i spogląda w dal.
Jego lśniące oczy są skupione, a jego ciało drży.
Nagle opuszcza grupę, pędząc ponad zieloną trawą,
a jego nogi poruszają się wciąż szybciej i szybciej.
To właśnie Ty zostałeś dostrzeżony.

Kiedy Ty i Twój najlepszy przyjaciel wreszcie się spotykacie,
obejmujecie się w radosnym uścisku, by nigdy już się nie rozłączyć.
Deszcz szczęśliwych pocałunków pada na Twoją twarz,
Twoje ręce znów pieszczą ukochany łeb.

Patrzysz znów w ufne oczy swego przyjaciela,
który na tak długo opuścił Twe życie,
ale nigdy nie opuścił Twego serca.
A potem przekraczacie Tęczowy Most - już razem...
Paul C.Dahm tłumaczenie: Dorota Nowak
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...