sobota, 21 września 2013

Mój zwierzyniec - odcinek 4:)

   Jeśli kiedyś myślałam, że chcę się przyjaźnić jedynie z psami, myliłam się grubo:) Pojawienie się w naszym życiu  stworów skrzydlatych i kolorowo opierzonych zawdzięczam memu Tatusiowi, który na okoliczność którychś tam świąt wielkanocnych postanowił uszczęśliwić swą wnuczusię, a moją córunię, Zuzię. Tym sposobem pojawiła się u nas para papużek falistych: Filip i Ola. Nigdy nie zrobiliśmy im żadnego zdjęcia, bo.... nikt z nas nie umiał obsługiwać analogowego aparatu fotograficznego, a tylko taki był wówczas na stanie. Można jednak powiedzieć, że wyglądali mniej więcej tak:

Źródełko
Filip i Ola nie zagościli długo. Ola dała dyla, gdy ktoś z nas nie domknął klatki i okna. Ale uwierzcie, że natura jak zabiera, tak daje. Klatka, stojąca w miesiącach wiosennych i letnich na balkonie z osamotnionym Filipem, nie pozostała długo lokalem monogamisty. Pewnego dnia przyfrunęła na nią papużka, która również musiała komuś uciec. Nie była tak pięknie umaszczona jak Ola, ale byliśmy zadowoleni, że los szczodrze wynagrodził nam ucieczkę naszej ptaszyny, mimo, że
papużka, która przybyła, by umilić Filipowi samotny żywot, była leciwa i cokolwiek niezdrowa, o czym mieliśmy się wkrótce przekonać. Można ją sobie zwizualizować jak tę, po prawej stronie: 
Źródełko

   W tym akapicie opowieści należy zaznaczyć, że i Filipowi nie było dane dożyć spokojnej starości w zaciszu naszego domostwa. Przydarzył się mianowicie przykry wypadek. Otóż, chcąc dać ptakom namiastkę wolności, pozwalaliśmy im fruwać po mieszkaniu. One były  wtedy bardzo podekscytowane i w tym uniesieniu darły dzioby w sposób trudny do zniesienia. Najchętniej wrzeszczały, gdy spożywaliśmy posiłki (choć zapewniam, że nie były głodzone:). Wystarczyło jednak machnąć w ich kierunku ręką, by milkły na chwilę. I któregoś razu taki ruch w kierunku rozkrzyczanego Filipa uczyniła Zuzia. Traf chciał, że jej ręka była uzbrojona w kuchenną ściereczkę, która swoim końcem tak nieszczęśliwie owinęła się wokół delikatnej szyjki Filipa, że biedak oddał ducha w sekundzie, prawdopodobnie na skutek skręcenia karku.
Rozpacz była okrutna - raz z powodu śmierci ptaka, dwa z powodu morderczego, choć niezamierzonego, czynu. Do dziś, kiedy ktoś z nas przypadkiem wraca do tego wydarzenia, lico mojej córki pokrywa się lodowatą bielą.
   Tym sposobem zostaliśmy z papużką wiekową, chorowitą (przydarzały się jej wyraźne stany słabości) i smutną z powodu samotności. Nie było rady. W sklepie zoologicznym nabyliśmy samczyka, łudząco podobnego do Filipa. Na cześć zespołu modnego w Polsce w latach 70/80. otrzymał imię Budgie. Stara papużka wydawała się uszczęśliwiona, a Budgie okazywał jej tyle czułości, jakby młódce jakiejś:) I tak płynęły kolejne miesiące w tym małżeńskim stadle, gdy pewnego dnia starka nie podniosła się z jednego ze swych omdleń i Budgie owdowiał. Długo zastanawialiśmy się, co zrobić z tym fantem i podjęliśmy przykrą dla Budgiego decyzję - że do końca swoich dni będzie się musiał zadowolić naszym jedynie towarzystwem. Gdybyśmy dostarczyli mu partnerkę, ptasia saga nie miałaby końca, a my - jak się okazało - nie byliśmy zbyt zagorzałymi ornitologami: papużaki brudziły wokół klatki na potęgę, potrafiły nie tylko pięknie śpiewać, ale też przekrzykiwać się w zajadłym jazgocie już od 4. nad ranem. Cóż, Budgie musiał polubić monogamię i przetrwał w niej 15 lat. Myślę o tym czasie z uśmiechem i wzruszeniem:)
C.d.n.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...