sobota, 24 sierpnia 2013

Mój zwierzyniec - odcinek 3:)

   Nie wiem, i nie ma to dziś żadnego znaczenia, kto wypełnił lukę po Normie: Sonia? czy może  Filip i Ola? Przypuszczam, że dwójka tych ostatnich. Kim byli? Z pewnością nie czworonogami:) Byli parą papużek falistych. Ponieważ jednak ptasia saga jest obszerna, pozostawiam ją na kolejny odcinek Mojego Zwierzyńca. Niech więc będzie Sonia i jej historia...
   Tu muszę wrócić do Normy: ona była właściwie psem i moim, i mojej Mamy. Traktowałam ją jako moją, dopóki mieszkałam z Rodzicami, a gdy wydano mnie za męża i zamieszkałam oddzielnie, ona została u Rodziców. Jakiś czas po jej śmierci moja Mama przygarnęła Misię, szczenną suczkę, wyrzuconą przez dobrych ludzi na ulicę. Los zechciał, że rok czy dwa później, pewnego zimowego dnia (25-stopniowe mrozy trzaskały wówczas na potęgę) Mama natknęła się na kolejne znalezisko - również dzięki dobrym ludziom. Znalezisko było w trakcie akcji porodowej i jednocześnie w trakcie zdychania.

Niezwłocznie przyniesiono je do mieszkania moich Rodziców, a następnie ratowano z pomocą weterynarza, który najpierw wywołał dalszy ciąg akcji porodowej z martwymi szczeniętami, a potem leczył odmrożony układ rozrodczo-moczowy. Wynegocjowane w twardym targu ze śmiercią znalezisko zostało nazwane Sonią i przez kilka najbliższych miesięcy przywracane życiu przez moją Mamę.W domowych archiwach zachowały się nieliczne i niezbyt udane zdjęcia Soni. Na kilku z nich Sonia w towarzystwie Misiuni.
   Nie wiem, kiedy do spółki z Mężulkiem uzgodniliśmy, że uwolnimy Mamę od Soni, choć psina nie była dla niej żadnym ciężarem. Ale właśnie na mocy tej ugody Sonia zamieszkała z nami.
    Był to chyba rok 1996. Sonia była dziwnym psem - takim trochę typem samotnika i wielkiego miłośnika wolności. Nie przepadała za pieszczotami, ale potrafiła... tańczyć - najpiękniej jak tylko może tańczyć pies: stawała na dwóch tylnych łapach i z gracją podskakiwała, kręcąc się w różnych kierunkach. Sprawiało jej to radość, wyraźnie się uśmiechała w trakcie tych pląsów:) To był talent wrodzony, myśmy jej tańca nie uczyli.
Sonia nie najlepiej czuła się w roli psa typowo domowego, który wychodzi 3 razy dziennie na kilkanaście minut i na 1 półgodzinny spacer. Gdy wracała z przechadzki, natychmiast z powrotem kładła się przy drzwiach wyjściowych i stroiła nieszczęśliwe miny. A kiedy wyjeżdżaliśmy do naszego domku letniskowego w G.R., uwielbiała urywać się na samotne harce w pobliskim lasku, gdzie wytrwale poszukiwała bliżej nieokreślonych skarbów. Dlatego raz i drugi zrobiliśmy eksperyment - pozwoliliśmy jej wyjść na krótko samej. Ponieważ karnie wracała wołana po kwadransie, a nasze mieszkanie znajduje się w podmiejskiej, słabo zabudowanej okolicy, gdzie samochody przejeżdżają z rzadka, uznaliśmy, że można dać trochę upustu jej potrzebie wolności.
  Może jednak należało jej tę wolność odebrać? Może wówczas dożyłaby (nie?)szczęśliwej starości, może polubiłaby cykl 4 spacerów dziennie i żyłaby do dziś? Może należało jej zakazać przyjaźni z Lucjuszem? Nie sposób już tego rozstrzygnąć. Pewne jest, że imponował jej Lucjusz (być może opiszę kiedyś ten interesujący psi żywot), pies "blokowy" i zagorzały "samochodziarz".Lucjuszowe samochodziarstwo polegało na tym, że Lucjusz uwielbiał rozpędzać się za startującymi z naszego podwórka autami i gnać za nimi przez pierwszych 100 metrów, a potem od niechcenia odpuszczać. Udawał przy tym, że łapie zębami za tylną oponę samochodu. Był tak wyspecjalizowany w swojej grze, że nigdy nie przydarzyła mu się żadna zła przygoda, choć zabawa była niebezpieczna i ryzykowna. 

 Soni musiało się to bardzo podobać... zauważyliście, jak wiele społecznych zachowań zwierząt ma związek z naśladownictwem innych osobników? Nie piszę o tym, by szukać usprawiedliwienia. Szukam raczej wyjaśnienia tego, co się stało.
   Pewnego popołudnia, późnym latem tego samego roku, kiedy Sonia zamieszkała u nas, nie dowołaliśmy się jej do domu. Nie mogliśmy się jej dowołać, ponieważ... ona już nie żyła. Znaleźliśmy ją nieopodal domu, na poboczu ulicy. Wyglądała, jakby spała. Nie było widać żadnych obrażeń, krwi. Miała skręcony kark, prawdopodobnie wskutek zabawy praktykowanej przez Lucjusza. A może wskutek celowego działania zirytowanego kierowcy? Nigdy się tego nie dowiemy.

 

   Do dziś boli mnie myśl, że życie, z takim trudem i uporem wydzierane kostusze, wróciło do niej tak szybko, jak krótkoterminowy kredyt do natychmiastowej spłaty.
    Mimo to, udało mi się nie dopuścić do tak trudnego przeżywania śmierci Soni, jak odejścia Normy. Uporządkowałam w sobie to zdarzenie, na swój sposób. Pochowaliśmy Sonię w G.R. I nie próbowaliśmy szukać zastępnika na jej miejsce.
C.d. nastąpi... nieuchronnie...
Pozdrawiam słonecznie u schyłku letniej kanikuły!

11 komentarzy:

Trilli Urszula pisze...

Oj...taka podobna historia jak i moich kilka.
Psineczka zaznała miłości.Najważniejsze że nie skończyła wtedy, na tym mrozie.
Ściskam!

kreatywny-kącik pisze...

Biedna sunia, przeszła swoje, ale najważniejsze, że u Was znalazła ciepły kąt i miłość. Czasem na pewne wydarzenia nie mamy wpływu.
Po przeczytaniu o "samochodziarzu" przypomniał mi się mój pekińczyk - z daleka do najdjeżdżających samochodów pędził na tych swoich króciutkich nóżkach, i nie zawsze wyhamował przed bramą... patrzyłam za każdym razem przerażona, ale nic nie mogłam poradzić. To było silniejsze od niego. Na koniec patrzył zmęczony i minę miał taką, jakby się uśmiechał.
Pozdrawiam cieplutko :)

Wiolka pisze...

Piękna historia , ze smutnym zakonczeniem co prawda ale mimo to wiele w niej pozytywnych akcentów które przywracaja wiarę w ludzi :)

Vanessa pisze...

Wonderful post...I like your pretty blog.^^
Maybe follow each other on bloglovin?
Let me know follow you then back.
Lovely greets Nessa

Vanessa pisze...

Thank you so much for the follow.
Follow you back on bloglovin and gfc,too.
Do you also follow me on gfc?
Lovely greets

Marcela Gmd pisze...

Thank you so much for your visit! I follow you with GFC and Bloglovin now! I'm very happy if you do the same.
Have a good week!!!.)))

Besos, desde España, Marcela♥

Kociafrania pisze...

Sonię zauważyłam pod balkonem jednego z mieszkań.Leżała bez ruchu ale nie pozwoliła do siebie podejśc.Zaniosłam więc trochę ciepłego mleka i coś do jedzenia.Połozyłam kawałek koca.W następnym dniu wyjrzałam przez okno i zobaczyłam Sonię w ogródku działkowym.Natychmiast wystartowałam i błyskawicą z 3 piętra sfrunęłam na zewnątrz.Złapałam ją a ona była już zbyt słaba by się bronić..W cieple domowym oddtajała i okazało się,że ma chyba anginę?(u psa?).Karmiłam ja strzykawką,potem zawiozłam do weta i okazało się,że jest jeszcze jedno nieurodzone,martwe sczenię.Po zaaplikowaniu leku w strasznym bólu urodziła to martwe dziecko.
Z jej zachowań wywnioskowałam,że ktoś musiał ją przywieżć na osiedle autem i pozostawić szczenną na pastwę losu.Nienawidziła samochodów,rzucała się na opony,gryzła je,nieprzytomnie gnała za autem,jeśli tylko miała okazję.Kochała tez dzieci,musiała więc być w domu gdzie było dziecko.Podchodziła beż lęku,obwąchiwała i patrzyła tak smutno,że serce się krajało.Zaprzyjazniła się z Misiunią i wspólnie napadały np.na obce psy.Osaczały,przewracały,potem Misiunia ogryzała nogi biedakowi a Sonia trzymała za gardło.Nie zapomnę akcji z polna myszą.Złapała ja na łące Misiunia,połknęła ale nie do końca,z pyszczka zwisał ogonek.Podbiegła Sonia,chwyciła ogonek,wyciągnęła te mysz z Misi,na szczęście zainterweniowałam i zabrałam ofiarę,jeszcze trochę żyła,więc zostawiłam w bezpiecznym miejscu.Sonia była niezwykłej urody...No cóż mogłabym o niej jak i każdym z moich zwierzaków jeszcze długo.Kiedy umarła tak tragicznie miałam wielkie wyrzuty sumienia i żal do losu.

Wiolka pisze...

Puk, puk?? Przedzie tu kto?? :) Przadeczko, gdzie Ty się podziewasz? mam nadzieje ze u Ciebie wszystko ok? Pozdrawiam i czekam na wiesci co u Ciebie jesienna pora się dzieje :)

Prządka pisze...

Tak całkiem nic, a nic to nie jest: bo trochę podłubię (ale nie w nosie:) i wystawię tu:
http://mojetargowisko.blogspot.com/
Zapraszam:)

Nieco Starsza Dziewczyna pisze...

Dziękuję za tak miłe komentarze pod moimi postami. Cieszę się, że spodobał Ci się blog i oczywiście zapraszam do częstych odwiedzin oraz komentowania. Mój blog jest z zamierzenia " modowy" mówię tutaj o modzie przez małe "m", bo to taka moja własna interpretacja:-) Jednak od czasu do czasu można na nim zobaczyć, a to jakieś ciekawe miejsce, albo np. coś mojej" roboty". Pozdrawiam serdecznie :-)

kamarek pisze...

Bardzo piękna historia. Moja kochana psinka też przesła na drugą stronę tęczy w tym roku, i też się uśmiechała.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...