środa, 31 lipca 2013

Być globtroterem... Dzień 3 i 4

     W Tallinie nocowaliśmy w hotelu Susi (czyli Wilk) - polecam go. Mieszkaliśmy z Mężulkiem w wytwornej dwójce, z piękną łazienką - bez porównania do klitki w podryskim hoteliku. Darowaliśmy sobie kolejny wieczorek jeszcze bliżej zapoznawczy, by wstać bardzo wcześnie następnego dnia, kiedy to czekała nas przeprawa promowa do Helsinek. Z dużą obawą o własne losy obserwowaliśmy sznury samochodów pakujących się do promu, po czym (rad niewola) i my przemieściliśmy się na jego pokład. 


    
    Podróż trwała ok. 3 godzin. Było chłodno, słońce skąpiło swych wdzięków, zwłaszcza z początku. Zachęcano nas do zakupów w sklepie wolnocłowym - ale okazało się, że tam też panuje pogoda wyłącznie dla bogaczy:) Na perfumy nie starczyło, na piwko, owszem, tak. Był to pretekst, by na promie także zostawić ślad swego pobytu :)

   
    Tymczasem bezbrzeżne, wydawałoby się, morze prowokowało do obserwacji killwateru - z bliższej, bądź dalszej odległości, w samotności lub w towarzystwie:

   
    Zbliżaliśmy się do kresu morskiej przejażdżki. Zanim jednak dobiliśmy do właściwego portu, długo obserwowaliśmy fińskie wybrzeże, pełne niezliczonej ilości mniejszych i większych wysepek - pięknych, często surowych, kamienistych, wyzwalających wyobraźnię. Pierwsze powitały nas mewy:


   W Helsinkach oczekiwała na nas uśmiechnięta i pełna pozytywnej energii przewodniczka, Renata. Z przyjemnością słuchaliśmy jej opowiadań na temat Finlandii. Jak się okazuje, Finowie mają ciekawą i dość dramatyczną historię (nie jest to więc typowo polska specjalność:), która stanowi w rzeczywistości bardziej dzieje okupacji tych terenów, niż dzieje niezależnego państwa. Z zaskoczeniem i zazdrością przyjęłam również informację o tym, że aż 60 % powierzchni tego kraju stanowią lasy - wynika to nie tylko z niewielkiego zagęszczenia ludności, Finowie mają po prostu zdrowy stosunek do natury. Szanują, pielęgnują, dosadzają drzewa, zamiast wycinać je w pień dla doraźnych korzyści. W Polsce chałupa ma być widoczna, w Finlandii skrywa się między drzewami, krzewami, tonie w zieleni, charakterystycznej dla tej strefy klimatycznej. To tak na marginesie (bo ze wszystkich roślin drzewa kocham najbardziej), gdyż do Helsinek przyjechaliśmy, by trochę oglądnąć miasto i zobaczyć białe noce na fińskim wybrzeżu. 
   Zaczęliśmy od protestanckiego kościoła Temppeliaukio, owalnego i "wykutego" w znajdujących się kiedyś w tym miejscu masywnych granitowych skałach. Jego sklepienie stanowi kopuła wykonana z 26 kilometrów miedzianego drutu. Świetna akustyka sprawia, że poza celami sakralnymi służy on również jako sala koncertowa. Kiedy byliśmy wewnątrz, w nasze uszy wlewała się rozkosznie Aria na strunie G, J.S. Bacha - wielka przyjemność! Następnie przemieściliśmy się do serca Helsinek, na Plac Senacki, nad którym wznosi się przepiękna wielka katedra luterańska (fotka pośrodku), a otaczają go neoklasycystyczne budowle, jak obiekt po prawej stronie - Biblioteka Narodowa Finlandii.

   
    Nie dane nam było oglądnąć Sobór Uspieński, największą cerkiew na zachód od Moskwy, ponieważ odbywała się tam akurat jakaś uroczystość, fotkę cyknęłam więc przez okno autokaru. Treść naklejki dobrze wkomponowała się w fotografowany obiekt - dzięki czemu nabrała, poza dosłownym, także metaforycznego znaczenia :))) Obok niezbyt udane zdjęcie pomnika Sybeliusa - najwybitniejszego kompozytora fińskiego.

 
    W następnej kolejności przeprawiliśmy się tramwajem wodnym na kompleks wysp Suomenlinna, gdzie zwiedzaliśmy dobrze zachowane pozostałości twierdzy, ochraniającej niegdyś Helsinki od strony morza. Jest to jedna z największych fortec morskich, zwana Gibraltarem Północy, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tam jedną z atrakcji  miało być zwiedzanie okrętu podwodnego Vessiko - ostatniego zachowanego okrętu fińskiej floty wojennej. Był to jeden z najśmieszniejszych punktów programu - "zwiedzanie" zajmowało ok. 1-2 minut (bilet wstępu 3 euro:), a polegało na przekłusowaniu przez wąskie i niskie wnętrze okręciku raczej niż okrętu i na szybkim rzucie oka na kilka prycz i masę przedziwnych urządzeń - o funkcjonowaniu nie do rozgryzienia dla pospolitego szczura lądowego.


    W oczekiwaniu na powrotny tramwaj wodny wdałam się w interakcję z okolicznymi mewami. Celem moim było - zaprzyjaźnić się. Niestety, brak rzetelnego zaopatrzenia spożywczego z mojej strony skutkował jedynie wrzaskiem skrzydlatych oburzonych.





    Po krótkim oglądzie fińskiej stolicy z 72-metrowej wieży Stadionu Olimpijskiego, pozostał nam jeszcze półgodzinny spacer po Helsinkach. Jak widać na zdjęciach, to miasto nie wyróżnia się niczym specjalnym: jak wszędzie, ludzie spacerują sobie niespiesznie po parkach lub placach, na ulicach pojawiają się czasem zmotoryzowane Anioły Śmierci :)))
    W godzinach popołudniowo-wieczornych Renata zawiozła nas na jedno z podhelsińskich wybrzeży, gdzie zakwaterowaliśmy się i zjedliśmy pożywną obiadokolację, a następnie, w oczekiwaniu na białonocny piknik, zdecydowaliśmy się skorzystać z sauny fińskiej. Jeśli macie takie doświadczenie za sobą, to wiecie, co mam na myśli. Nie znam skuteczniejszej psychoterapii, a kiedy jeszcze, bezpośrednio po saunie, popływasz w basenie z ozonowaną wodą, o temperaturze najwyżej 14 stopni - to jest gigant doznanie! Nie robiłam zdjęć - musicie mi wierzyć na słowo:)
   No! Przyszła wreszcie pora na degustację fińskich kiełbasek, sałatek, wódeczki. Były niezłe, choć szczerze mówiąc wszelkie biesiady traktuję jako dopust boży - tak już mam. Ponieważ nie było szansy na rychły finał, starałam się dobrze bawić (nawet zaśpiewałam niegrzeczną piosenkę, której nikt się po mnie nie spodziewał) i podziwiać owe słynne białe noce. Piosenki nie przytoczę, bo jest ci ona bardzo do mnie należąca, a białe noce wyglądają, jak na fotkach poniżej. Zdjęcia robiłam między godziną 22 a 24. 


    Czyż nie było warto zostawić w Finlandii ślady swoich stóp?


       Nazajutrz pożegnano nas doskonałym śniadaniem: tak wypasiony szwedzki stół widziałam tylko dwa razy w życiu. Do tej pory czuję smak potraw i ciężar przepełnionego żołądka. Kiitos, kaunis Suomessa!
         Przed przeprawą promową do Estonii dostaliśmy trochę czasu wolnego na spacer po Targu Rybnym, jednym z ważniejszych placów handlowych w Helsinkach. Byłam zaskoczona - oni chyba nie widzieli targu w Suwałkach! - jest trzy razy taki i dwa razy mniej na nim tandety. Muszę też powiedzieć wszystkim biżuteryjkom, które wytrwały do końca tej długiej relacji, że te bransoletki, które Wy sprzedajecie po 20 zł, tam też kosztują 20, ale euro. Może więc warto się przekonać do tej waluty? :)))
     Wreszcie zapakowaliśmy się na prom i mijając ponownie skaliste fińskie wysepki dotarliśmy w godzinach popołudniowych do Tallina. 


    W Tallinie, w jednej z piękniejszych knajpek piwnicznych (U Olafa), jakie widziałam, zjedliśmy pyszny obiad. Po nim rozpoczął się odwrót, który zakończył się szczęśliwie ok 2 w nocy dnia następnego. 
Pozdrowienia, kochani!
Dalszego ciągu nie będzie, bo to koniec jest relacji:)
Można z ulgą odetchnąć:)))

Follow my blog with Bloglovin  :)



5 komentarzy:

Bożenka pisze...

Chyba już to pisałam, ale uwielbiam takie prawdziwe wycieczki z przewodnikiem i wyznaczoną trasą :-)
Przypomina mi to szkolne czasy więc może dlatego wzdycham z sentymentem.
Zazdroszczę Ci Prządko, chociaż ten prom i brak widocznego brzegu działa na mnie z lekka wymiotnie ;-)
Pozdrawiam serdecznie i cieplutko.

kreatywny-kącik pisze...

Finowie mają zdrowe podejście do swojego miejsca zamieszkania, u nas niestety lasy traktujemy po macoszemu - wycinamy lasy, a potem sadzimy kilka drzewek na szybko, bo przecież trzeba być ekologicznym, to modne. Taka smutna prawda.
Widoki piękne, bardzo lubię takie krajobrazy. Widok zdrowych drzew jest niesamowity, mnie bardzo uspokaja taki obraz i śmiało może konkurować z zaprojektowanym i zadbanym ogrodem.
Pozdrawiam cieplutko

raeszka pisze...

Ja jeszcze nie płynęłam promem. Podobno fajna rzecz :).

Super relacja z wycieczki fajnie się oglądało i czytało :).

Aśko pisze...

wow,cóż za obszerna relacja! tak się właśnie zastanawiam, czy z moją chorobą morską nadawałabym się na podróż promem? :D
dziękuję za odwiedziny w Aśkowie, odpowiedziałam Ci na komentarz odnośnie kudłatego blondyna :))
buziaki pozdrawiaki!

Marcela Gmd pisze...

Beautiful photos and post!! would you like to follow each other with GFC and Bloglovin?
Besos, desde España, Marcela♥

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...