piątek, 12 lipca 2013

Być globtroterem... Dzień 2.

     Po byle jakim śniadaniu, w hoteliku, który szczycił się 3 gwiazdkami, ale w mojej ocenie zebrał niecałą jedną, pomknęliśmy do Tallina. Dojechaliśmy w godzinach okołopołudniowych. Czekał na nas przewodnik, pan Zbyszek. Najsampierw poopowiadał o Estonii, jej historii, geografii, uwarunkowaniach gospodarczych i obyczajach. Słychać było, że zna się na swoim fachu. Następnie odbyliśmy spacer do Muzeum Sztuki, podziwiając po drodze Kadriorg, czyli letnią rezydencję cara Piotra Wielkiego, wraz z jej ogrodami. Nie utrwaliliśmy fotograficznie tych obiektów, bo pan Zbyszek pędził jak opętany. Wkrótce okazał się jednak dobrym panem, bo w Muzeum Sztuki (zwanym w estońskim skrócie "Kumu") przydzielił nam całych 50 minut na zwiedzanie.




W drodze na kondygnacje ze sztuką estońską





Fragment ekspozycji XIX-wiecznego malarstwa estońskiego

Rzeźba :) 


   W Kumu straciłam poczucie upływu czasu. Miałam wrażenie, że opuszczam je jako pierwsza, tymczasem okazało się, że wycieczka wybyła z obiektu kwadrans przed nami i, w oczekiwaniu na spóźnialską parę, siedziała nadąsana w autokarze. Publicznie wyznałam więc wszystkie winy i zostało mi przebaczone. Ruszyliśmy. Dokąd? Oczywiście na stare miasto:)
   Starówka tallińska jest prze-pięk-na! Stwierdziliśmy wespół z Mężulkiem, że chyba najpiękniejsza z wszystkich dotąd widzianych. Nie dziwota, że figuruje na Liście UNESCO. 




Otacza ją potężny system średniowiecznych fortyfikacji miejskich



W grube mury obronne wkomponowano liczne wieżyczki i baszty, jak ta, nazwana imieniem Grubej Małgorzaty (sąsiaduje z nią Muzeum Morskie, przy którym sterczymy bezskutecznie, bo do jego zamknięcia pozostał jedynie kwadrans:) 


   Wycieczki organizowane przez biura podróży zawsze uwzględniają zwiedzanie obiektów sakralnych. Oczywiście, że zwykle są one tego warte, ale poza tym.... wstępy do nich są najczęściej wolne. Tak też było w Tallinie. 




Owoż i cerkiew Aleksandra Newskiego, z różnych punktów widzenia:)






Po lewej Kościół św. Mikołaja, zaś po prawej Kościół św. Olafa - niegdyś najwyższy obiekt w Europie, dziś najwyższa budowla Tallina. Jego wieża mierzy 124 m!

   Estonia jest państwem wyraźnie zlaicyzowanym (ponad 70 % społeczeństwa jest bezwyznaniowa), a dominujące religie to protestantyzm (z luteranizmem na czele) oraz prawosławie. Katolicy (przede wszystkim Polacy i Litwini) stanowią zaledwie 0,3 % społeczeństwa estońskiego. Kościoły pełne są ludzi - są to jednak głównie turyści. Nic dziwnego, że w tych miejscach kultu kwitnie w najlepsze handel pamiątkami (nie ośmieliłam się cykać tam fotek:) Mimo tego drobiazgu, świątynie bardzo podobały mi się, szczególnie luterańskie - nie tylko dlatego, że zachowały swój pierwotny charakter, ale z uwagi na bardzo surowy wystrój wnętrz - w moim odczuciu doskonale sprzyjający skupieniu, refleksji.
     Pan Zbyszek oprowadził nas (a w zasadzie ogalopował) jeszcze po starówce tallińskiej i wreszcie coś, co uwielbiam - czas wolny. A w jego trakcie swobodna, niespieszna włóczęga.

Oto widok na panoramę Tallina. Na ciekawości turystów i ich dobrym sercu żerują nieustępliwie mewy :)

A oto magiczne tallińskie uliczki, zaułki, bramy:






Ech, warto było zostawić w Tallinie ślady swoich stóp :)
Mam nadzieję powrócić tam kiedyś, by bez wariackiej galopki nasycić się w pełni pięknem estońskiej stolicy :)
Bywajcie, kochani, do dnia następnego!
Follow my blog with Bloglovin  :)

5 komentarzy:

Bożenka pisze...

Bardzo lubię wycieczki z przewodnikami :-)Fajne takie zwiedzanie.
Pozdrawiam :-)

Trilli Urszula pisze...

No...do tej pory to jedyny mój kontakt z Estonią to przepiękne włóczki ;) hihihi
Piękne zdjęcia,tylko że mnie się tam ciągle jakaś piękność przewija i nie skupiam się na pięknych widokach :)

Wiolka pisze...

Wspaniała wycieczka :)) Wspomnienia cudne i zdjęcia rewelacyjne :) Cóż tu więcej mówić, czadersko Prządeczko :)

kreatywny-kącik pisze...

Wiesz na co najpierw zwróciłam uwagę - zdjęcie z mewą :D Nawet na zdjęciu zachęca, aby rzucić jej coś do jedzenia.
Wycieczka widać, że udana, szkoda tylko, że przewodnik tak pędził - niestety, jeszcze sama nie spotkałam takiego, który nie patrzyłby na zegarek. Jak byłyśmy z mamą w Egipcie, to też nam narzucili niezłe tempo - wyjątkiem była jednak chwila powrotu, gdy przejeżdżając obok wielkiego bazaru w Kairze, w nocy, pozwolono nam na "spacer". Prawie się zgubiłyśmy spacerując krętymi uliczkami, otumanione zapachami przypraw. Opłaciło się jednak, wracałyśmy z pełnymi rękami i uśmiechami na twarzy:)
Pozdrawiam cieplutko :)

Kociafrania pisze...

Bardzo mi się podoba opowieść o wyprawie,zdjęcia bardzo udane!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...