sobota, 21 września 2013

Mój zwierzyniec - odcinek 4:)

   Jeśli kiedyś myślałam, że chcę się przyjaźnić jedynie z psami, myliłam się grubo:) Pojawienie się w naszym życiu  stworów skrzydlatych i kolorowo opierzonych zawdzięczam memu Tatusiowi, który na okoliczność którychś tam świąt wielkanocnych postanowił uszczęśliwić swą wnuczusię, a moją córunię, Zuzię. Tym sposobem pojawiła się u nas para papużek falistych: Filip i Ola. Nigdy nie zrobiliśmy im żadnego zdjęcia, bo.... nikt z nas nie umiał obsługiwać analogowego aparatu fotograficznego, a tylko taki był wówczas na stanie. Można jednak powiedzieć, że wyglądali mniej więcej tak:

Źródełko
Filip i Ola nie zagościli długo. Ola dała dyla, gdy ktoś z nas nie domknął klatki i okna. Ale uwierzcie, że natura jak zabiera, tak daje. Klatka, stojąca w miesiącach wiosennych i letnich na balkonie z osamotnionym Filipem, nie pozostała długo lokalem monogamisty. Pewnego dnia przyfrunęła na nią papużka, która również musiała komuś uciec. Nie była tak pięknie umaszczona jak Ola, ale byliśmy zadowoleni, że los szczodrze wynagrodził nam ucieczkę naszej ptaszyny, mimo, że
papużka, która przybyła, by umilić Filipowi samotny żywot, była leciwa i cokolwiek niezdrowa, o czym mieliśmy się wkrótce przekonać. Można ją sobie zwizualizować jak tę, po prawej stronie: 
Źródełko

   W tym akapicie opowieści należy zaznaczyć, że i Filipowi nie było dane dożyć spokojnej starości w zaciszu naszego domostwa. Przydarzył się mianowicie przykry wypadek. Otóż, chcąc dać ptakom namiastkę wolności, pozwalaliśmy im fruwać po mieszkaniu. One były  wtedy bardzo podekscytowane i w tym uniesieniu darły dzioby w sposób trudny do zniesienia. Najchętniej wrzeszczały, gdy spożywaliśmy posiłki (choć zapewniam, że nie były głodzone:). Wystarczyło jednak machnąć w ich kierunku ręką, by milkły na chwilę. I któregoś razu taki ruch w kierunku rozkrzyczanego Filipa uczyniła Zuzia. Traf chciał, że jej ręka była uzbrojona w kuchenną ściereczkę, która swoim końcem tak nieszczęśliwie owinęła się wokół delikatnej szyjki Filipa, że biedak oddał ducha w sekundzie, prawdopodobnie na skutek skręcenia karku.
Rozpacz była okrutna - raz z powodu śmierci ptaka, dwa z powodu morderczego, choć niezamierzonego, czynu. Do dziś, kiedy ktoś z nas przypadkiem wraca do tego wydarzenia, lico mojej córki pokrywa się lodowatą bielą.
   Tym sposobem zostaliśmy z papużką wiekową, chorowitą (przydarzały się jej wyraźne stany słabości) i smutną z powodu samotności. Nie było rady. W sklepie zoologicznym nabyliśmy samczyka, łudząco podobnego do Filipa. Na cześć zespołu modnego w Polsce w latach 70/80. otrzymał imię Budgie. Stara papużka wydawała się uszczęśliwiona, a Budgie okazywał jej tyle czułości, jakby młódce jakiejś:) I tak płynęły kolejne miesiące w tym małżeńskim stadle, gdy pewnego dnia starka nie podniosła się z jednego ze swych omdleń i Budgie owdowiał. Długo zastanawialiśmy się, co zrobić z tym fantem i podjęliśmy przykrą dla Budgiego decyzję - że do końca swoich dni będzie się musiał zadowolić naszym jedynie towarzystwem. Gdybyśmy dostarczyli mu partnerkę, ptasia saga nie miałaby końca, a my - jak się okazało - nie byliśmy zbyt zagorzałymi ornitologami: papużaki brudziły wokół klatki na potęgę, potrafiły nie tylko pięknie śpiewać, ale też przekrzykiwać się w zajadłym jazgocie już od 4. nad ranem. Cóż, Budgie musiał polubić monogamię i przetrwał w niej 15 lat. Myślę o tym czasie z uśmiechem i wzruszeniem:)
C.d.n.

sobota, 24 sierpnia 2013

Mój zwierzyniec - odcinek 3:)

   Nie wiem, i nie ma to dziś żadnego znaczenia, kto wypełnił lukę po Normie: Sonia? czy może  Filip i Ola? Przypuszczam, że dwójka tych ostatnich. Kim byli? Z pewnością nie czworonogami:) Byli parą papużek falistych. Ponieważ jednak ptasia saga jest obszerna, pozostawiam ją na kolejny odcinek Mojego Zwierzyńca. Niech więc będzie Sonia i jej historia...
   Tu muszę wrócić do Normy: ona była właściwie psem i moim, i mojej Mamy. Traktowałam ją jako moją, dopóki mieszkałam z Rodzicami, a gdy wydano mnie za męża i zamieszkałam oddzielnie, ona została u Rodziców. Jakiś czas po jej śmierci moja Mama przygarnęła Misię, szczenną suczkę, wyrzuconą przez dobrych ludzi na ulicę. Los zechciał, że rok czy dwa później, pewnego zimowego dnia (25-stopniowe mrozy trzaskały wówczas na potęgę) Mama natknęła się na kolejne znalezisko - również dzięki dobrym ludziom. Znalezisko było w trakcie akcji porodowej i jednocześnie w trakcie zdychania.

Niezwłocznie przyniesiono je do mieszkania moich Rodziców, a następnie ratowano z pomocą weterynarza, który najpierw wywołał dalszy ciąg akcji porodowej z martwymi szczeniętami, a potem leczył odmrożony układ rozrodczo-moczowy. Wynegocjowane w twardym targu ze śmiercią znalezisko zostało nazwane Sonią i przez kilka najbliższych miesięcy przywracane życiu przez moją Mamę.W domowych archiwach zachowały się nieliczne i niezbyt udane zdjęcia Soni. Na kilku z nich Sonia w towarzystwie Misiuni.
   Nie wiem, kiedy do spółki z Mężulkiem uzgodniliśmy, że uwolnimy Mamę od Soni, choć psina nie była dla niej żadnym ciężarem. Ale właśnie na mocy tej ugody Sonia zamieszkała z nami.
    Był to chyba rok 1996. Sonia była dziwnym psem - takim trochę typem samotnika i wielkiego miłośnika wolności. Nie przepadała za pieszczotami, ale potrafiła... tańczyć - najpiękniej jak tylko może tańczyć pies: stawała na dwóch tylnych łapach i z gracją podskakiwała, kręcąc się w różnych kierunkach. Sprawiało jej to radość, wyraźnie się uśmiechała w trakcie tych pląsów:) To był talent wrodzony, myśmy jej tańca nie uczyli.
Sonia nie najlepiej czuła się w roli psa typowo domowego, który wychodzi 3 razy dziennie na kilkanaście minut i na 1 półgodzinny spacer. Gdy wracała z przechadzki, natychmiast z powrotem kładła się przy drzwiach wyjściowych i stroiła nieszczęśliwe miny. A kiedy wyjeżdżaliśmy do naszego domku letniskowego w G.R., uwielbiała urywać się na samotne harce w pobliskim lasku, gdzie wytrwale poszukiwała bliżej nieokreślonych skarbów. Dlatego raz i drugi zrobiliśmy eksperyment - pozwoliliśmy jej wyjść na krótko samej. Ponieważ karnie wracała wołana po kwadransie, a nasze mieszkanie znajduje się w podmiejskiej, słabo zabudowanej okolicy, gdzie samochody przejeżdżają z rzadka, uznaliśmy, że można dać trochę upustu jej potrzebie wolności.
  Może jednak należało jej tę wolność odebrać? Może wówczas dożyłaby (nie?)szczęśliwej starości, może polubiłaby cykl 4 spacerów dziennie i żyłaby do dziś? Może należało jej zakazać przyjaźni z Lucjuszem? Nie sposób już tego rozstrzygnąć. Pewne jest, że imponował jej Lucjusz (być może opiszę kiedyś ten interesujący psi żywot), pies "blokowy" i zagorzały "samochodziarz".Lucjuszowe samochodziarstwo polegało na tym, że Lucjusz uwielbiał rozpędzać się za startującymi z naszego podwórka autami i gnać za nimi przez pierwszych 100 metrów, a potem od niechcenia odpuszczać. Udawał przy tym, że łapie zębami za tylną oponę samochodu. Był tak wyspecjalizowany w swojej grze, że nigdy nie przydarzyła mu się żadna zła przygoda, choć zabawa była niebezpieczna i ryzykowna. 

 Soni musiało się to bardzo podobać... zauważyliście, jak wiele społecznych zachowań zwierząt ma związek z naśladownictwem innych osobników? Nie piszę o tym, by szukać usprawiedliwienia. Szukam raczej wyjaśnienia tego, co się stało.
   Pewnego popołudnia, późnym latem tego samego roku, kiedy Sonia zamieszkała u nas, nie dowołaliśmy się jej do domu. Nie mogliśmy się jej dowołać, ponieważ... ona już nie żyła. Znaleźliśmy ją nieopodal domu, na poboczu ulicy. Wyglądała, jakby spała. Nie było widać żadnych obrażeń, krwi. Miała skręcony kark, prawdopodobnie wskutek zabawy praktykowanej przez Lucjusza. A może wskutek celowego działania zirytowanego kierowcy? Nigdy się tego nie dowiemy.

 

   Do dziś boli mnie myśl, że życie, z takim trudem i uporem wydzierane kostusze, wróciło do niej tak szybko, jak krótkoterminowy kredyt do natychmiastowej spłaty.
    Mimo to, udało mi się nie dopuścić do tak trudnego przeżywania śmierci Soni, jak odejścia Normy. Uporządkowałam w sobie to zdarzenie, na swój sposób. Pochowaliśmy Sonię w G.R. I nie próbowaliśmy szukać zastępnika na jej miejsce.
C.d. nastąpi... nieuchronnie...
Pozdrawiam słonecznie u schyłku letniej kanikuły!

środa, 31 lipca 2013

Być globtroterem... Dzień 3 i 4

     W Tallinie nocowaliśmy w hotelu Susi (czyli Wilk) - polecam go. Mieszkaliśmy z Mężulkiem w wytwornej dwójce, z piękną łazienką - bez porównania do klitki w podryskim hoteliku. Darowaliśmy sobie kolejny wieczorek jeszcze bliżej zapoznawczy, by wstać bardzo wcześnie następnego dnia, kiedy to czekała nas przeprawa promowa do Helsinek. Z dużą obawą o własne losy obserwowaliśmy sznury samochodów pakujących się do promu, po czym (rad niewola) i my przemieściliśmy się na jego pokład. 


    
    Podróż trwała ok. 3 godzin. Było chłodno, słońce skąpiło swych wdzięków, zwłaszcza z początku. Zachęcano nas do zakupów w sklepie wolnocłowym - ale okazało się, że tam też panuje pogoda wyłącznie dla bogaczy:) Na perfumy nie starczyło, na piwko, owszem, tak. Był to pretekst, by na promie także zostawić ślad swego pobytu :)

   
    Tymczasem bezbrzeżne, wydawałoby się, morze prowokowało do obserwacji killwateru - z bliższej, bądź dalszej odległości, w samotności lub w towarzystwie:

   
    Zbliżaliśmy się do kresu morskiej przejażdżki. Zanim jednak dobiliśmy do właściwego portu, długo obserwowaliśmy fińskie wybrzeże, pełne niezliczonej ilości mniejszych i większych wysepek - pięknych, często surowych, kamienistych, wyzwalających wyobraźnię. Pierwsze powitały nas mewy:


   W Helsinkach oczekiwała na nas uśmiechnięta i pełna pozytywnej energii przewodniczka, Renata. Z przyjemnością słuchaliśmy jej opowiadań na temat Finlandii. Jak się okazuje, Finowie mają ciekawą i dość dramatyczną historię (nie jest to więc typowo polska specjalność:), która stanowi w rzeczywistości bardziej dzieje okupacji tych terenów, niż dzieje niezależnego państwa. Z zaskoczeniem i zazdrością przyjęłam również informację o tym, że aż 60 % powierzchni tego kraju stanowią lasy - wynika to nie tylko z niewielkiego zagęszczenia ludności, Finowie mają po prostu zdrowy stosunek do natury. Szanują, pielęgnują, dosadzają drzewa, zamiast wycinać je w pień dla doraźnych korzyści. W Polsce chałupa ma być widoczna, w Finlandii skrywa się między drzewami, krzewami, tonie w zieleni, charakterystycznej dla tej strefy klimatycznej. To tak na marginesie (bo ze wszystkich roślin drzewa kocham najbardziej), gdyż do Helsinek przyjechaliśmy, by trochę oglądnąć miasto i zobaczyć białe noce na fińskim wybrzeżu. 
   Zaczęliśmy od protestanckiego kościoła Temppeliaukio, owalnego i "wykutego" w znajdujących się kiedyś w tym miejscu masywnych granitowych skałach. Jego sklepienie stanowi kopuła wykonana z 26 kilometrów miedzianego drutu. Świetna akustyka sprawia, że poza celami sakralnymi służy on również jako sala koncertowa. Kiedy byliśmy wewnątrz, w nasze uszy wlewała się rozkosznie Aria na strunie G, J.S. Bacha - wielka przyjemność! Następnie przemieściliśmy się do serca Helsinek, na Plac Senacki, nad którym wznosi się przepiękna wielka katedra luterańska (fotka pośrodku), a otaczają go neoklasycystyczne budowle, jak obiekt po prawej stronie - Biblioteka Narodowa Finlandii.

   
    Nie dane nam było oglądnąć Sobór Uspieński, największą cerkiew na zachód od Moskwy, ponieważ odbywała się tam akurat jakaś uroczystość, fotkę cyknęłam więc przez okno autokaru. Treść naklejki dobrze wkomponowała się w fotografowany obiekt - dzięki czemu nabrała, poza dosłownym, także metaforycznego znaczenia :))) Obok niezbyt udane zdjęcie pomnika Sybeliusa - najwybitniejszego kompozytora fińskiego.

 
    W następnej kolejności przeprawiliśmy się tramwajem wodnym na kompleks wysp Suomenlinna, gdzie zwiedzaliśmy dobrze zachowane pozostałości twierdzy, ochraniającej niegdyś Helsinki od strony morza. Jest to jedna z największych fortec morskich, zwana Gibraltarem Północy, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tam jedną z atrakcji  miało być zwiedzanie okrętu podwodnego Vessiko - ostatniego zachowanego okrętu fińskiej floty wojennej. Był to jeden z najśmieszniejszych punktów programu - "zwiedzanie" zajmowało ok. 1-2 minut (bilet wstępu 3 euro:), a polegało na przekłusowaniu przez wąskie i niskie wnętrze okręciku raczej niż okrętu i na szybkim rzucie oka na kilka prycz i masę przedziwnych urządzeń - o funkcjonowaniu nie do rozgryzienia dla pospolitego szczura lądowego.


    W oczekiwaniu na powrotny tramwaj wodny wdałam się w interakcję z okolicznymi mewami. Celem moim było - zaprzyjaźnić się. Niestety, brak rzetelnego zaopatrzenia spożywczego z mojej strony skutkował jedynie wrzaskiem skrzydlatych oburzonych.





    Po krótkim oglądzie fińskiej stolicy z 72-metrowej wieży Stadionu Olimpijskiego, pozostał nam jeszcze półgodzinny spacer po Helsinkach. Jak widać na zdjęciach, to miasto nie wyróżnia się niczym specjalnym: jak wszędzie, ludzie spacerują sobie niespiesznie po parkach lub placach, na ulicach pojawiają się czasem zmotoryzowane Anioły Śmierci :)))
    W godzinach popołudniowo-wieczornych Renata zawiozła nas na jedno z podhelsińskich wybrzeży, gdzie zakwaterowaliśmy się i zjedliśmy pożywną obiadokolację, a następnie, w oczekiwaniu na białonocny piknik, zdecydowaliśmy się skorzystać z sauny fińskiej. Jeśli macie takie doświadczenie za sobą, to wiecie, co mam na myśli. Nie znam skuteczniejszej psychoterapii, a kiedy jeszcze, bezpośrednio po saunie, popływasz w basenie z ozonowaną wodą, o temperaturze najwyżej 14 stopni - to jest gigant doznanie! Nie robiłam zdjęć - musicie mi wierzyć na słowo:)
   No! Przyszła wreszcie pora na degustację fińskich kiełbasek, sałatek, wódeczki. Były niezłe, choć szczerze mówiąc wszelkie biesiady traktuję jako dopust boży - tak już mam. Ponieważ nie było szansy na rychły finał, starałam się dobrze bawić (nawet zaśpiewałam niegrzeczną piosenkę, której nikt się po mnie nie spodziewał) i podziwiać owe słynne białe noce. Piosenki nie przytoczę, bo jest ci ona bardzo do mnie należąca, a białe noce wyglądają, jak na fotkach poniżej. Zdjęcia robiłam między godziną 22 a 24. 


    Czyż nie było warto zostawić w Finlandii ślady swoich stóp?


       Nazajutrz pożegnano nas doskonałym śniadaniem: tak wypasiony szwedzki stół widziałam tylko dwa razy w życiu. Do tej pory czuję smak potraw i ciężar przepełnionego żołądka. Kiitos, kaunis Suomessa!
         Przed przeprawą promową do Estonii dostaliśmy trochę czasu wolnego na spacer po Targu Rybnym, jednym z ważniejszych placów handlowych w Helsinkach. Byłam zaskoczona - oni chyba nie widzieli targu w Suwałkach! - jest trzy razy taki i dwa razy mniej na nim tandety. Muszę też powiedzieć wszystkim biżuteryjkom, które wytrwały do końca tej długiej relacji, że te bransoletki, które Wy sprzedajecie po 20 zł, tam też kosztują 20, ale euro. Może więc warto się przekonać do tej waluty? :)))
     Wreszcie zapakowaliśmy się na prom i mijając ponownie skaliste fińskie wysepki dotarliśmy w godzinach popołudniowych do Tallina. 


    W Tallinie, w jednej z piękniejszych knajpek piwnicznych (U Olafa), jakie widziałam, zjedliśmy pyszny obiad. Po nim rozpoczął się odwrót, który zakończył się szczęśliwie ok 2 w nocy dnia następnego. 
Pozdrowienia, kochani!
Dalszego ciągu nie będzie, bo to koniec jest relacji:)
Można z ulgą odetchnąć:)))

Follow my blog with Bloglovin  :)



piątek, 12 lipca 2013

Być globtroterem... Dzień 2.

     Po byle jakim śniadaniu, w hoteliku, który szczycił się 3 gwiazdkami, ale w mojej ocenie zebrał niecałą jedną, pomknęliśmy do Tallina. Dojechaliśmy w godzinach okołopołudniowych. Czekał na nas przewodnik, pan Zbyszek. Najsampierw poopowiadał o Estonii, jej historii, geografii, uwarunkowaniach gospodarczych i obyczajach. Słychać było, że zna się na swoim fachu. Następnie odbyliśmy spacer do Muzeum Sztuki, podziwiając po drodze Kadriorg, czyli letnią rezydencję cara Piotra Wielkiego, wraz z jej ogrodami. Nie utrwaliliśmy fotograficznie tych obiektów, bo pan Zbyszek pędził jak opętany. Wkrótce okazał się jednak dobrym panem, bo w Muzeum Sztuki (zwanym w estońskim skrócie "Kumu") przydzielił nam całych 50 minut na zwiedzanie.




W drodze na kondygnacje ze sztuką estońską





Fragment ekspozycji XIX-wiecznego malarstwa estońskiego

Rzeźba :) 


   W Kumu straciłam poczucie upływu czasu. Miałam wrażenie, że opuszczam je jako pierwsza, tymczasem okazało się, że wycieczka wybyła z obiektu kwadrans przed nami i, w oczekiwaniu na spóźnialską parę, siedziała nadąsana w autokarze. Publicznie wyznałam więc wszystkie winy i zostało mi przebaczone. Ruszyliśmy. Dokąd? Oczywiście na stare miasto:)
   Starówka tallińska jest prze-pięk-na! Stwierdziliśmy wespół z Mężulkiem, że chyba najpiękniejsza z wszystkich dotąd widzianych. Nie dziwota, że figuruje na Liście UNESCO. 




Otacza ją potężny system średniowiecznych fortyfikacji miejskich



W grube mury obronne wkomponowano liczne wieżyczki i baszty, jak ta, nazwana imieniem Grubej Małgorzaty (sąsiaduje z nią Muzeum Morskie, przy którym sterczymy bezskutecznie, bo do jego zamknięcia pozostał jedynie kwadrans:) 


   Wycieczki organizowane przez biura podróży zawsze uwzględniają zwiedzanie obiektów sakralnych. Oczywiście, że zwykle są one tego warte, ale poza tym.... wstępy do nich są najczęściej wolne. Tak też było w Tallinie. 




Owoż i cerkiew Aleksandra Newskiego, z różnych punktów widzenia:)






Po lewej Kościół św. Mikołaja, zaś po prawej Kościół św. Olafa - niegdyś najwyższy obiekt w Europie, dziś najwyższa budowla Tallina. Jego wieża mierzy 124 m!

   Estonia jest państwem wyraźnie zlaicyzowanym (ponad 70 % społeczeństwa jest bezwyznaniowa), a dominujące religie to protestantyzm (z luteranizmem na czele) oraz prawosławie. Katolicy (przede wszystkim Polacy i Litwini) stanowią zaledwie 0,3 % społeczeństwa estońskiego. Kościoły pełne są ludzi - są to jednak głównie turyści. Nic dziwnego, że w tych miejscach kultu kwitnie w najlepsze handel pamiątkami (nie ośmieliłam się cykać tam fotek:) Mimo tego drobiazgu, świątynie bardzo podobały mi się, szczególnie luterańskie - nie tylko dlatego, że zachowały swój pierwotny charakter, ale z uwagi na bardzo surowy wystrój wnętrz - w moim odczuciu doskonale sprzyjający skupieniu, refleksji.
     Pan Zbyszek oprowadził nas (a w zasadzie ogalopował) jeszcze po starówce tallińskiej i wreszcie coś, co uwielbiam - czas wolny. A w jego trakcie swobodna, niespieszna włóczęga.

Oto widok na panoramę Tallina. Na ciekawości turystów i ich dobrym sercu żerują nieustępliwie mewy :)

A oto magiczne tallińskie uliczki, zaułki, bramy:






Ech, warto było zostawić w Tallinie ślady swoich stóp :)
Mam nadzieję powrócić tam kiedyś, by bez wariackiej galopki nasycić się w pełni pięknem estońskiej stolicy :)
Bywajcie, kochani, do dnia następnego!
Follow my blog with Bloglovin  :)

piątek, 5 lipca 2013

Być globtroterem... Dzień 1.

    Dawno nigdzie dalej nie podróżowałam. Nie powiem, że brakowało mi pomysłów i możliwości, ale energii - owszem, tak. Ostatkiem tejże podjęłam więc wiosną decyzję, że wybiorę się ze swoimi współpracownikami na wyprawę poza granice naszej pięknej ojczyzny, w kierunku północnym. Zabrałam ze sobą swego Mężulka, dla którego, jako facecika mało towarzyskiego ostatnimi czasy, wyprawa ta miała być wyczynem karkołomnym.
     Pierwszego dnia, minąwszy Litwę, zawitaliśmy na Łotwie. Na naszej drodze stanął obiekt wyjątkowy, zwany Nadbałtyckim Wersalem - barokowo-rokokowy pałac w Rundale, rezydencja kurlandzkiego rodu Bironów. Powstał ok. 1730 r. i ma ciekawą historię, jak większość obiektów tego typu. Dziś pełni funkcję nie tylko muzeum, ale też miejsca zakwaterowania ważnych osobistości, przybywających ze świata i wizytujących Łotwę. Mnie zachwyciło to, jak wiele zostało w nim autentycznego wyposażenia, i jaką mnogością eksponatów dysponuje to muzeum. Skromna, z konieczności, fotorelacja z tego miejsca:

       
       
                           
Tu dawni państwo kontemplowali dzieła rąk dobrze opłacanych mistrzów pędzla:
      A tu skubali sobie od niechcenia drugie śniadanko:
                                           Tu trawili posiłki i zażywali zasłużonego wypoczynku:
A tu wyglądali przez okno na swe ogrody, projektowane wedle wzorów wersalskich:
I szli na spacer jedną z lipowych alejek,
by dojść do barokowo powywijanych klombów, pełnych kwiecia i odpowiednio strzyżonego bukszpanu:
Uznaliśmy, że ślady naszych stóp pozostawione w Pałacu Rundale, to właściwa decyzja :)

Tymczasem  opuściliśmy chatę kurlandzkich XVIII-wiecznych notabli i pomknęliśmy do Rygi. Tam wjechaliśmy na szczyt miejscowego Pałacu Nauki, gdzie cyknęliśmy z góry fotki łotewskiej stolicy:



Fotograf minę ma nietęgą, z racji lęku wysokości, wywołującego trudną do pokonania chęć skoku na główkę. Udało się ją raz jeszcze zdusić w zarodku, dzięki czemu nadal jestem żoną swego męża:)
 Następnie pani przewodniczka Ludmiła oprowadziła nas po starym mieście ryskim. Obeszliśmy ważniejsze obiekty i miejsca. Kocham starówki, nie ja jedna, wiem. Chłonę z gęsią skórką ich przeszłość, którą tak wdzięcznie oddają, zatapiam się w głębię wąskich uliczek, z radością wykręcam stawy skokowe na kocim bruku, otwieram usta z podziwu dla kunsztu architektów i budowniczych, którzy je wznieśli.




Zdjęcia amatorskie, rzecz jasna, nie są w stanie pokazać piękna Rygi, ale ono jest po prostu faktem. Nawet kufelek miejscowego piwa nie zdołał skupić na sobie uwagi: wzrok wciąż rozbiegał się na wszystkie strony :)


I tak oto dobiegał powoli końca 1. dzień wyprawy. Jeszcze hotelik pod Rygą, jeszcze posiłek wieczorny, jeszcze koniecznie wieczorek bliżej zapoznawczy i wreszcie, długo wyczekiwany i jakże błogi uścisk ramion Morfeusza :)
Tymczasem, kochani, do następnego dnia. Uściski!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...