poniedziałek, 30 lipca 2012

Mój Zwierzyniec. Odcinek 1.


     Miłość do zwierząt była we mnie od zawsze... no, może z wyłączeniem poznawczego etapu wyrywania skrzydeł muchom we wczesnym dzieciństwie, czego pamięć tłumię wstydliwie. Ta miłość ma charakter naturalny. Ot, sama z siebie. Nie pamiętam, aby jakoś szczególnie edukowali mnie w jej zakresie rodzice lub szkoła - żadnych kiepskich wzorów, ale też bez rewelacji w drugą stronę. Myślę sobie, że jej źródłem stało się w którymś momencie odkrycie, że zwierzęta to znacznie lepsza wersja lalek i misiów, bo w odróżnieniu od nich mają naturalną ciepłotę futra, żywe myślące oczy, przyjaźnie rozhuśtany ogon, szczerze uśmiechnięty pysk i gotowość do zwariowanej zabawy. I zapewne wówczas zakiełkowało w świadomości przekonanie, że takiemu oto towarzyszowi rozmaitych swawoli nigdy nie można uczynić krzywdy. Świetną robotę oświeceniową w tej (i nie wyłącznie w tej) sprawie wykonali z pewnością autorzy książek czytanych w dzieciństwie.
    Wraz z opisanymi wyżej objawieniami pojawiło się pragnienie posiadania własnego czworonoga (rybki, świnki, króliczki, chomiczki - choć wspaniałe, nigdy nie były obiektami marzeń, nie oferowały takiego poziomu wzajemnego porozumienia). Właśnie to pragnienie otworzyło wrota do samopiszącej się po dziś dzień historii pt. Mój zwierzyniec
     Owoż odcinek 1.

     Na początku byli Saba i Protazy. Nie potrafię odtworzyć (i nie ma to dziś żadnego znaczenia), które z nich było najpierwsze. Saba - rasowa bokserka, Protazy - rudy kocur przybłęda, pojawili się w naszym domu, kiedy jeszcze mieszkałam wraz z bratem i rodzicami w Szklarskiej Porębie. Tylko tyle potrafię powiedzieć o wyglądzie stworzeń, których właścicielką mogłam się mienić w jakimś ograniczonym zakresie: ruda bokserka i rudo-biały kocur. Przypuśćmy, że wyglądali, mniej więcej tak, jak ci oboje, po lewej stronie tego tekstu :)))))

     Żaaaarcik, żaaaaarcik! Przecież ten mały, pod uchem tej dużej, wcale nie jest rudy:) A poza tym, nie byli u nas jednocześnie. Protazy został gwałtem wprowadzony na salony i nigdy nie zyskał stałego obywatelstwa - był dochodzący i to niezbyt długo. Wolał popasać na wolności, czemu trudno się dziwić, i kiedyś po prostu znudziły mu się wizyty u nas. Tak myślę. Z Sabą sprawa miała się trochę inaczej. Pojawiła się i pozostała do pierwszych wakacji. Kiedy wróciłam do domu po jakimś wyjeździe, psa już w nim nie było. Rodzice poinformowali nas, że Saba pobiegła dokądś i nie wróciła. Strasznie mi było żal, ale nie zwykłam wówczas dręczyć się czymkolwiek nazbyt długo. Odkryłam po jakimś czasie, że zniknięcie Saby nie miało związku z żadną ucieczką. Rodzice oddali ją komuś - przypuszczam, że ja z bratem byliśmy wtedy nie do końca odpowiedzialnymi opiekunami, a oni sami mieli dość własnych zajęć (dziś nie ma to już żadnego znaczenia). Szkoda tylko, że nie potrafili powiedzieć nam o tym wprost.
     Ta krótka obecność futrzaków w moim życiu miała związek z późniejszym marzeniem, którego treść może dziś przyprawiać o zawrót głowy: kiedy dorosnę, chciałabym dorobić się trzech "rzeczy": psa, telefonu, samochodu. Telefon! - dacie wiarę?! W czasach, kiedy o nim marzyłam, naprawdę usprawniał komunikację i ułatwiał życie, dziś wprost odwrotnie, choć pozornie tak. Samochód! - dacie wiarę?!  Ach, wydawał mi się kiedyś szczytem mobilności. Dziś, kiedy niemal wszyscy go mają, marzy mi się raczej wynalazek katalizatora usprawniającego ruch szarych komórek... A pies w moich marzeniach? Jedynie on nic nie stracił na wartości - psia mądrość, dobroć, miłość i wierność są ponadczasowe - i nie ma tu żadnych ruchów na mapie znaczeń. 
c.d.n.
Miłego dnia, dziękuję za wizytę i komentarze. Serdecznie pozdrawiam najwytrwalszych Gości:)

środa, 25 lipca 2012

Wstęp do historii rodowego klejnotu :)

    Przydarzyło mi się coś, co zapewne nie przydarza się często... Otóż, z przyczyn mi nieznanych, zostałam obdarowana. Gdy się o tym dowiedziałam, zatkało mnie potrójnie - z zaskoczenia, ze zdziwienia i z radości., która zresztą nakazała mi podzielić się nią publicznie, co niniejszym czynię:)
   Owoż wspaniałomyślnym darczyńcą jest Marzenka, specjalizująca się w tworzeniu biżuterii wire wrapping. Ech, to technika tylko dla prawdziwych twardzieli - myślę, że można uświernkąć od zaplatania drucika wokół drucika, który też jest zwykle artystycznie powykręcany, lutowany, spawany i co i nie tylko:) Możecie się przekonać odwiedzając bloga Marzenki lub MGallery, gdzie, między innymi, wystawia swoje prace. Zanim tam dotrzecie, rzućcie okiem na upominek, który dotarł do mnie. Nigdy nie zgadnę, dlaczego stałam się jego szczęśliwą posiadaczką - ale czy to zaraz trzeba wiedzieć koniecznie wszystko? 
   Kolczyki, którymi zostałam obdarowana, Marzenka wystrugała ze srebra prób rozmaitych, umieszczając w środku szlachetny kryształek - kwarc blue mystic. Są one utkane tak misternie, że moje oko gubi się w serpentynach skrętów i zwojów, których początku i końca nie sposób wytropić. Piękna i stylowa to biżuteria. Postanowiłam z kolczyków Marzenkowych uczynić swój klejnot rodowy (każdy klejnot rodowy musi mieć swój początek!) i przekazywać go uroczyście, w stosownej chwili, wszystkim swoim zstępnym płci żeńskiej:) Ale, czy ja tak muszę gadać i gadać, w nieskończoność? Może po prostu zdjęcia pokażę?                     
                                        
   Niestety, zdjęcia robiłam wczoraj i one mi zwyczajnie nie iskrzyły. Dziś jestem bez aparatu, który "popłynął" na żagle po Wigrach i nie miałam czym ich poprawić. Choć nic nie odda rzeczywistej urody mego skarbu, jego zdjęcia znacznie lepszej jakości znajdują się tutaj. 
     Marzenko, dziękuję Ci. Podziwiam Twoje prace i stale zdumiewa mnie Twoja skromność:) Rosnę z dumy, że chciałaś wyróżnić mnie takim królewskim upominkiem. Obmyślam w związku z tym pewien plan. Niech jego pierwszym elementem będzie wyśpiewany pięknie w Piwnicy Pod Baranami mój ukochany wiersz B. Leśmiana (z uroczą zapowiedzią nieodżałowanego Piotra Skrzyneckiego) - specjalnie dla Ciebie:)
Zapraszam również wszystkich pozostałych Gości mego bloga, by rozsmakowali się w tym pięknym utworze:)

Pozdrawiam najcieplej, miłego dnia!

poniedziałek, 23 lipca 2012

A song for you

    Dziś mija pierwsza rocznica śmierci Amy Winehouse. Nie zauważyłam, by ktoś się specjalnie rozczulał nad tym medialnie.W mojej ulubionej Trójce chyba tylko egzaltowany red. P.S. wspomniał smutny 23. lipca 2011 r... 
    Tymczasem ja rozpamiętuję ten dzień z prawdziwą przykrością, ponieważ twórczość Amy ciągle ma dla mnie wartość szczególną. Mogę śmiało przyznać, że ta niepokorna dziewczyna, która była Muzyką  całą sobą, jest jedną z ważniejszych postaci mojej prywatnej mitologii. Pisałam już o tym tu
   Chciałabym przypomnieć Amy piosenką z jej płyty wydanej pośmiertnie. Ten utwór wyśpiewał kiedyś cudownie Ray Charles, ale kiedy słucham go w interpretacji Winehouse, za każdym razem zaliczam gęsią skórkę. Mili Państwo - A song for you:

wtorek, 10 lipca 2012

Maciek w świecie ciszy

   
Krótko, bo nadmiar słów nie jest konieczny. 
Postanowiłam podłączyć się do akcji, w której wzięło dotąd udział wielu moich blogowych znajomych. Rzecz polega na zaoferowaniu pomocy (w zakresie swoich możliwości) na rzecz głuchoniemego Maćka. Mama chłopca konsekwentnie organizuje dziecku terapię, niestety dość kosztowną. Jest bardzo budujące, że Maciek i jego Mama pozyskują wciąż nowych sojuszników, a leczenie chłopca przynosi wymierne efekty. Na stronie Maćka proszą oboje o coś, co nam jest tak skutecznie dane, że często tego nawet nie dostrzegamy:       Pomóżcie Maćkowi usłyszeć świat - świergot ptaków, padający deszcz, szum drzew... 
   Można wspomóc ich finansowo, można też inaczej: handmaderki na przykład oferują swoje wyroby na potrzeby loterii, z której zysk usprawni terapię Maćka. Zerknijcie tu - jakie wspaniałe dary trafiły na ten szczytny cel. Tak mnie to napędziło, że postanowiłam odłożyć na bok swoje kompleksy handmaderki niedokończonej i również ofiarować skromny drobiazg od siebie. Mam nadzieję, że się przyda:



Można też pomóc niematerialnie - choćby poprzez zamieszczenie na swoim blogu posta z informacją na ten temat. 
Warto pomagać :)
   Miłego dnia!

czwartek, 5 lipca 2012

Ekspresem przez czerwiec


  No dobrze. Wypisawszy większość zaległych komentarzy w odwiedzanych blogach, przystępuję do wypełnienia tej nieznośnej próżni, w której zawisł mój elektroniczny pamiętniczek. I tak oto, muszę przyznać, że czerwiec A.D. 2012 był dla mnie nad wyraz łaskawym.
    Po pierwsze dane mi było w miłej atmosferze spędzić kolejny Dzień Dziecka, do którego celebracji roszczę sobie wszelkie prawa.
    Po wtóre, załapałam się na miłą niespodziankę u Marzenki, ale o tem później. Marzenka kręci... obiekty marzeń kobiecych z drucika, kręci również wokół siebie bardzo miłą atmosferę, co jej wszyscy mają za dobre. Tutaj wystawia swoje piękne prace.
   Po czecie :) wygrałam candy u Agnieszki, co umie malować obrazy - ja strasznie to podziwiam, bo sama malować nijak nie potrafię. Agnieszka podarowała mi komplet biżuterii inspirowanej folklorem cieszyńskim. Dziękuję, Agnieszko! Tak upominek widzi mój aparacik:


    Po czwarte, mało nie pękłam ze śmiechu po informacji, że wygrałam kartę przedpłaconą Visa, z powodu loterii, w której brałam udział bez większego przekonania. Karta jest średnio wypasiona, ale na kilka drobnych przyjemności wystarczy:)



    Po kolejne, pozbyłam się brzemienia duszy mojej i cierpień z niego wynikających, ale uważam to za dobrą nauczkę, bo jak kto jest durny, to niechaj cierpi sobie (więcej zdradzić nie mogę). To jest ważna wiadomość, bo ja mam tak, że gdy już wpadam w smutek, to wydobywam się z niego jak z bezdennej studni - długo i bezskutecznie. Udało się raz kolejny.
   Po szóste, mam melancholię, gdyż kończę urlop, który jest ością niezgody między mną a społeczeństwem, a powiem, dalibóg, nie wróciłabym z niego wcale, gdyby się tylko dało... Taką mam satysfakcję z pracy zawodowej.... Tej melancholii towarzyszy zakłopotanie, bo plany urlopowe pozostały niezrealizowane, jednak summa summarum mam to w głębokich czeluściach i wiem, że każdy psycholog przyznałby mi rację.   
  Po siódme, stanęłam wobec konieczności zmiany stanowiska pracy. Myśl o nowych obowiązkach paraliżuje mnie już od kwietnia, ale prawdziwie będę trząść gaćmi pod koniec sierpnia. Zooooooooooooooooooobaczymy.
   Po ósme: dostałam blogowe wyróżnienia od dwóch przemiłych Dziewczyn: Bożenki, która jest przeciepłą twórczynią frywolitki - dla mnie nieodgadnionej tajemnicy oraz Wioli, przesympatycznej kronikarki swojej life story, uwielbiam czytać jej kolejne odsłony:) Dziękuję Wam, a sama wyróżniam wszystkie Blogerki, które zostawiły u mnie komentarze A.D. 2012. Częstujcie się, Kochane - wyróżnia Was Prządka:)

                                      

    Po dziewiąte: Wiola poprosiła mnie o odpowiedzi na 11 pytań. Oto pytania Wioli i moje odpowiedzi:
1. Pióro czy długopis? - klawiatura :)
2. Książka czy film? - ito, ito :)
3. Szarlotka czy sernik? - sernik, chyba, że szarlotka na gorąco z lodami :)
4. Szminka czy błyszczyk? - błyszczyk :)
5. Pizza czy spaghetti? - oh! Pizza!
6. Samochód czy rower? - ito, ito, w zależności od okoliczności:)
7. Thriller czy komedia? - Thriller!!!
8. Mozilla Firefox czy Internet Explorer? - Google Chrome:)
9. Goździki czy róże? - Róże...
10. Kartka urodzinowa czy życzenia sms'em? - Kartka!!!
11. Wakacje w Polsce czy za granicą? - za granicą :)
    Po dziesiąte, ja też przygotowałam pytania dla wszystkich, którzy są Obserwatorami mego blożka. Proszę, odpowiedzcie na nie, wkrótce Was skontroluję:). Oto one:
1. Blog czy Facebook?
2. Kwiaty czy drzewa?
3. Pablo Picasso czy Salvador Dali?
4. Kalarepka czy rzodkiewka?
5. Josh Hartnett czy Ashton Kutcher?
6. Jubiler czy handmaderka?
7. Zieleń czy beż?
8. Sukienka czy spodnie?
9. Parter czy siódme piętro?
10. Radio czy telewizja?
11. Książka czy audiobook?

   Na dziś będzie dość :) Chcę jeszcze tylko serdecznie podziękować wszystkim Blogerkom, które pukały do Przędzalni w czasie mojej długiej nieobecności. Ja podglądałam Was rzetelnie przez cały ten czas. Ściskam Was ciepło (choć w upały to może lepiej byłoby ściskać chłodno:) - Pisarki sumiennie, Rękodzielniczki uzdolnione, Dziewczyny uśmiechnięte!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...