czwartek, 26 kwietnia 2012

Jawne przez poufne :)))

     Na blogu Marzenki, która wykręcywuje ze srebrnego drucika coraz to cudniejsze ozdoby uszu, nadgarstków i szyjek, znalazłam dla siebie zaproszenie do zabawy, w której kobitki przyznają, co przemienia je z pięknych księżniczek w jeszcze piękniejsze księżniczki. Nie potrafię wprawdzie odgadnąć celu, który przyświecał pomysłodawcy tej zabawy, ale czy wszystko musi być zaraz bezwzględnie uzasadnione? Dlatego przystępuję do wypełnienia powierzonego mi zadania, tym bardziej, że pomoże to zapewne rozwiać zapachy rybne, unoszące się nad moim blogiem, za sprawą poprzedniego posta. 
    W ramach zabawy należy:
- napisać, kto zaprosił nas do udziału w niej (z adresem lub linkiem bloga osoby zapraszającej)
- wymienić 5 kosmetyków, bez których nie wychodzimy z domu (podaj nazwy producentów, możesz też zamieścić zdjęcia)
- zaprosić pięć kolejnych blogowiczek do zabawy.
    Pierwszy warunek spełniony wyżej, natomiast mój kosmetyczny arsenał tworzą:
- kremy pielęgnacyjne na dzień, na noc, pod oczy (jeśli chodzi o producentów, to stosuję płodozmian, tzn. naprzemiennie: AA Oceanic, Dax Cosmetics, Nivea, Vichy - jak mi się uda wygrzebać spod bożonarodzeniowej choinki jakąś zasobną kopertę:),
- podkład, fluid - od lat tylko i wyłącznie Astora,
- tusz do rzęs: Astor, czasem Maybelline,
- róż do policzków Bourjois,
- błyszczyk do ust Astor.
   Zestaw ograniczony do stosowania od szyi wzwyż - bo tak zrozumiałam polecenie:).
Tak wyglądam, po zastosowaniu:)))
Stąd wypożyczone:)
  Natomiast do zwierzeń na temat zawartości kosmetyczki zapraszam nienachalnie
Dziewczyny z blogów:

http://malowanyfarbamizycia.blogspot.com
http://kociafrania.blogspot.com
http://przyjemnezpozytecznym.blogspot.com
http://ffinezyjnie.blogspot.com
http://dudqa.blogspot.com

Pozdrawiam, słonecznego długaśnego (kto ma) weekendu!

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Z cyklu "Pewniaki": Ryba w sosie egzotycznym

     Zgodnie z ostatnią obiecanką, publikuję recepturę potrawy, którą przysposobiłam kilka lat temu i nie zamierzam się z nią rozstawać. Muszę tu podkreślić, że "za dzieciństwa" i w okresie tzw. pierwszej młodości, nawet nie spoglądałam w kierunku potraw rybnych, mimo nabytej z czasem świadomości, jak zdrowy jest to pokarm. Do dziś mam na ryby dłuuuugie zęby - jem tylko to, co zrobię sama, ewentualnie to, co przygotuje mój mężulek oraz moja Mamusia, bo oni oboje wiedzą, że ryba dla mnie nie może "jechać" rybą - i w zapachu, i w smaku - jeśli jasno się tłumaczę:)))))))))))
    I właśnie dlatego tak ukochałam rybę w sosie egzotycznym, bo spełnia moje warunki. Do jej przyrządzenia potrzebujemy:
1 kg filetów ryby morskiej (u mnie to mintaj, prod. Złota Rybka - Biedronka: mało glazury i nie bardzo "jedzie":)
3 jajka, 3 łyżki mąki pszennej, 3 łyżki mąki ziemniaczanej, 1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 duże marchewki, 6 ząbków czosnku
1 papryka, 1 puszka ananasów
1/2 l bulionu wołowego, 6 łyżek sosu sojowego, 5 łyżek octu winnego, 12 łyżeczek cukru, 3 łyżeczki curry, 1 łyżka mąki ziemniaczanej



Przygotowuję rybkę: płuczę ją i osuszam w papierowym ręczniku. Kroję na 5-7 cm kawałki.
Jajka, mąkę pszenną i ziemniaczaną z dodatkiem proszku do pieczenia miksuję w garnuszku tak, by uzyskać ciasto o konsystencji gęstej śmietany (można dolać odrobinę mleka, gdyby wyszło zbyt zwarte).
Następnie wrzucam partiami do tego ciasta  pokrojoną rybkę.








 Co dalej robię? Po prostu: utytłaną rybkę kładę na rozgrzany olej, na patelni. Podsmażam z obu stron.





Rybka powinna mieć kolor lekko rumiany, jeśli rumiany występuje w jakimkolwiek zestawie barw..
  Wygląda naprawdę apetycznie, ale to jeszcze nie powód, by rybkę zjeść przedwcześnie. Dlatego też, przygotowaną do dalszej obróbki odstawiam ją na chwilę i montuję pozostałe składniki. Czosnek przepuszczam przez praskę, a marchewkę katuję na tarce do warzyw z dużymi oczkami. Oboje oni lądują na patelni, gdzie duszę ich bezlitośnie pod przykrywką, na tłuszczu pozostałym po smażeniu ryb, ok. kwadransa.


    Gdy marchewka z czosnkiem zażywają duszenia, odsączam ananasa z puszki i kroję go na cząstki (takie ok. 2-3 cm). Paprykę także skrajam: na centymentrowe paseczki wszerz strąka.


     W przedostatniej fazie przygotowuję sos: w rondlu, w 1/2 l wody rozpuszczam kostkę wołową, do tego wlewam: sos sojowy, ocet winny, sok pozostały z ananasa i wsypuję cukier oraz curry. Wrzucam tam również uduszoną marchew z czosnkiem. Całe to towarzystwo gotuję przez ok. 10 min., na koniec wlewam do sosu zawiesinę z czubatej łyżki mąki ziemniaczanej rozpuszczonej w połowie szklanki wody. Sosik powinien mieć konsystencję rzadkiego kisielku.
    W naczyniu żaroodpornym układam warstwowo: rybkę, paprykę z ananasem, rybkę, paprykę z ananasem. To wszystko zalewam gorącym sosem i fruuuuu do piekarnika. Pichci się w nim potrawa pod przykryciem, w temp. ok. 180 stopni, przez ok. 60 min.


    Nie udało mi się wycykać fotek, kiedy gotowa do spożycia spoczywa na talerzyku, więc może nie prezentuje się zbyt seksownie :) w tym naczyniu żaroodpornym, ale smakuje wybornie i.... nie "jedzie rybą". Uwielbiam tę potrawę. Jak pisałam, jest świetna zarówno w wersji hot, jak cold. Może przepis sprawia wrażenie skomplikowanego, na pierwszy rzut oka, ale tak nie jest - ja w ogóle nie podejmuję się jakichkolwiek komplikacji w kuchni :) Polecam!

Dzięki za wizytę, pozdrowienia!!! 

czwartek, 12 kwietnia 2012

W kręgu kwietniowych spraw i sprawek

    Jak bardzo kapryśna bywa aura kwietniowa na polskim biegunie zimna, obrazują fotki popełnione w Wielki Piątek  i w Poniedziałek Wielkanocny. Taki widok wypstrykał się na dwa dni przed świętami:


     Poniedziałkowy krajobraz - ku nieopowiedzianej radości - zaprezentował się zgoła odmiennie. Wtopiłyśmy się w niego sprytnie, matka z córką, a i pierwsze wiosenne kwiecie uwiecznionym zostało, tudzież kur z wielkanocnej dekoracji:)






    


      A tak prezentuje się wczesnowiosenny plener suwalski i towarzystwo gromadnie nawiedzające działeczkę w okolicy malowniczej miejscowości Bakałarzewo. Na pierwszym planie Babka, Ciotka i Działki Właścicielka, hardo pod boki podparte, a na planie drugim piękne baziątko wierzby iwy:



    Na koniec dodam, że wielkanocne popuszczanie pasa rzadko wychodzi na zdrowie. Skurczony po wielotygodniowej diecie żołądek pozostaje nieczuły na uroki potraw pieczołowicie przygotowanych, a gwałtowne jego napychanie skutkuje niestrawnością. Ale jest też jasny punkt przedświątecznego głodzenia się: spadek wagi o jakieś 3-4 kilo i spadek poziomu cholesterolu aż o 90 jednostek. Jestem dumna z siebie.
    W ramach poświątecznych wspomnień, nabrałam chęci na opublikowanie przepisu na kolejnego pewniaka. Nie jest to potrawa tradycyjna, ale - lubię ją, jak niemal wszyscy, którym ją serwuję, kiedy podejmuję gości. Jest to ryba w sosie egzotycznym. Wygląda równie dobrze na stole wielkanocnym, jak bożonarodzeniowym i każdym innym. Smakuje znakomicie na gorąco i na zimno. Jedyny warunek zadowolenia jest taki, że trzeba lubić łączenie nietypowych dla siebie składników - a nie wszyscy kochają się w śledziu z marmoladą, choć nie jego chcę tu polecić:))) Jeśli dostanę sygnał, że Gości mego bloga zaintrygował wstęp do rybnego pewniaka, opublikuję recepturę w następnym poście.
Pozdrawiam najcieplej wszystkich wizytujących:)

piątek, 6 kwietnia 2012

....

   
   

   Wszystkim stałym Gościom mego bloga i wszystkim Przechodniom życzę, by nadchodzące święta Wielkiejnocy przyniosły Wam nie tylko wytchnienie od pracy, problemów, zmartwień, ale stały się źródłem czystej i budującej radości.  
    Niech w najbliższych dniach nie odstępuje Was uśmiech i pogoda ducha. Niech spotkania z rodziną i znajomymi wzmocnią więzi miłości i przyjaźni. Niech świąteczne potrawy pozwolą cieszyć się dobrobytem, który nie każdemu jest dany.
     Życzę też, by w wiecznym cyklu odradzania pojawiły się nowe marzenia - niech towarzyszy im nadzieja spełnienia, niech przybierze na sile optymizm, niech urosną siły do codziennych zmagań z przeciwnościami losu, a ten niech nie skąpi zdarzeń szczęśliwych i oczekiwanych z radością.
   Szczególnie ciepłe słowa kieruję do wszystkich, którzy zaglądają tu stale, cierpliwie znoszą moje gadulstwo, zostawiają ślady swoich odwiedzin. Przesyłam Wam, Kochane, dobrą energię, w nadziei, że pomoże spełnić się moim serdecznym życzeniom wielkanocnym.
     Gify wypożyczone z Magazynu gifów

wtorek, 3 kwietnia 2012

Przysmak niekoniecznie wielkanocny :)

   Kucharka ze mnie taka se, co nie znaczy, że posiłki są mi obojętne. Uwielbiam jeść, najlepiej smaczności jakieś. W domu gotuję na spółkę z mym mężusiem, który radzi sobie w kuchni całkiem, całkiem. Ja z kolei trzymam się zasady, by gotowanie było nieskomplikowane, krótkie, a efekt zadowalający podniebienie i - w miarę możliwości - sprzyjający zdrowiu. Mam w związku z tym kilka kulinarnych patentów, stosowanych od czasu do czasu, zawsze z dobrym skutkiem. Tzw. pewniaki. Część z nich praktykuję na okoliczność świąt. I tak, na przykład, przed świętami Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy przygotowuję ciasteczka-rogaliczki orzechowe lub migdałowe. Ponieważ ich montaż nie jest skomplikowany, a smakują naprawdę przednio, może przepis na nie zagości również w Waszych domach?






Oto receptura:
Składniki: 18 dkg mąki pszennej, 10 dkg masła, 5 dkg cukru pudru, 1 żółtko, 5 dkg zmielonych orzechów włoskich lub migdałów. Do posypki ok. 5 dkg cukru pudru wymieszanego z 1 opakowaniem cukru waniliowego.


Uwaga: Osobiście przygotowuję rogaliczki z podwójnej porcji podanych składników, bo pojedyncza wydziela przykry zapach... malizny :)


Przygotowanie: zmielone orzechy lub migdały połączyć z mąką, masłem (powinno być schłodzone), żółtkiem i cukrem pudrem. Ciasto początkowo opornie lepi się w jedną bryłę, ale nie należy się zrażać, bo wreszcie składniki połączą się. Schłodzić je przez godzinkę w lodówce. Następnie należy odkroić część i utoczyć z niej na stolnicy wałek grubości palca, potem pokroić go na odcinki ok. 2 cm. Z każdego takiego kawałka (zwykle zaganiam córunię do pomocy przy tej czynności) trzeba utoczyć w dłoniach wałeczek długości ok. 5-7 cm. Jego końce zawinąć lekko, by utworzył się rogalik. Ulepione rogaliki ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i fruuu - do piekarnika. Piec ok. 17-20 minut w temperaturze 180 stopni C. Gdy nabiorą jasnozłotego koloru, wyciągnąć je i oprószyć gorące posypką. Po przestygnięciu włożyć do blaszanego pudełka, zamknąć i schować w ustronne miejsce (przed szarańczą, jak ktoś ma - ja, mam:). 
    
   Najlepiej rogaliczki smakują po czterech, pięciu dniach - i to jest OK, ponieważ można je spokojnie przygotować dużo wcześniej, niż inne świąteczne rarytasy. Ale przede wszystkim są naprawdę, naprawdę pyszne. Piekę je tylko dwa razy do roku, więc wszyscy są dodatkowo zachwyceni.


   Jako łasuch, wyposzczony prawie dwumiesięczną dietką, nie mogę się doczekać momentu zatopienia kłów w miąższszszsz tych ciasteczek :)))))
    

Dzięki za wizytę, pozdrowienia!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...