sobota, 31 marca 2012

Dwie sprawy na tapecie

   Rzecz pierwsza:
   Pora wyjaśnić mroczną tajemnicę sonda(ż)u. Nie jest zbyt skomplikowana. Otóż, jestem wielką miłośniczką muzyki (rozmaitych jej gatunków: od klasyki, po popularną), w związku z czym chętnie oglądam konkursy talentów, bo z punktu widzenia moich potrzeb, tylko one umożliwiają orientację w zasobach tzw. świeżej krwi. Może mają w sobie coś trochę tandetnego, ale w morzu bylejakości trafiają się w nich prawdziwe perły. Jeśli zostaną oprawione w przyszłości, fajnie będzie znać początki ich drogi artystycznej. 
   I właśnie w związku z moją pasją, chciałam zorganizować kolejne candy - czyli rozdawajkę z utrudnieniem. Upominki byłyby nagrodą dla osób, które chciałyby wytypować zwycięzców Must be the Music oraz X-Factor.
  Nie miałam pewności, że ktokolwiek zareaguje na moją propozycję, stąd mini-ankieta w poprzednim poście. Co prawda nie pozostała ona bez odpowiedzi, jednak szału nie ma. Pomysł upada zatem, ale nie do końca (ot, upór ośli). Candy będzie, i owszem. Ogłoszę je, by nie zakłócać Wam przedświątecznych przygotowań, po Wielkiejnocy. I wtedy okaże się, dlaczego mimo wszystko, będzie się ono wiązać z typowaniem finalisty obu programów:)
   
Rzecz druga i długa:)))  
   Są mi od dłuższego czasu bliskie rozmaite idee ekologiczne. Tyle się o tym mówi, pisze... pewnie większość z Was dała się w taki, czy inny sposób, uwieść przekonaniom o konieczności dojrzałego podejścia do sprawy oszczędzania naszej planety, dość już przecież nadruszonej działalnością niejakiego homo (ponoć) sapiens. Nie zamierzam wykładać tu własnych przekonań i wątpliwości, co do krańcowo różnych stanowisk specjalistów odnośnie stanu zniszczeń i odnośnie perspektyw zagrożeń. Nie chcę też doszukiwać się rozmaitych nieuczciwości, wszelkiej maści hochsztaplerów, żądnych szmalu cwaniaków, podszywających się pod inicjatywy ekologiczne. Ale przecież jakieś stanowisko w tej sprawie mieć warto.  
     Otóż, niezależnie od wszystkiego, chcę realizować własną ekologię - na co dzień, a nie akcyjnie, od święta. Realizować ją tak, jak jestem w stanie, bez jakiejś drakońskiej spinki. Co dnia postawić choćby drobny krok w tym kierunku. Chcę mieć w miarę czyste sumienie, że nie myślę kategorią: "po nas choćby potop", że próbuję trochę mniej eksploatować, trochę oszczędzać. 
     Zaczęłam to robić we własnym domu jakieś 10 lat temu, wcześniej niespecjalnie zajmowało mi to uwagę. I tak, od lat bardzo surowej oszczędności podlega w moim domu energia elektryczna - cieszę się, bo nauczyłam jej racjonalnego użycia mego męża i córkę (oboje szydzili ze mnie na początku i nie chcieli stosować się do gaszenia świateł, odłączania ładowarek, wyłączania stand by' ów). Twierdzili zgodnie, że w globalnym zużyciu nasza oszczędność nie ma żadnego znaczenia. Moje opowieści o kropli, która drąży skałę lub o ziarnku piasku, które wespół z innymi tworzy Saharę, wreszcie przyniosły skutek - nikt się już nie śmieje, oszczędzamy wszyscy, a od czasu do czasu ktoś proponuje jakiś nowy patent: np. zrezygnowaliśmy z prasowania ręczników i ścierek kuchennych - rozciągam je tylko i wygładzam. Po dwukrotnym ich użyciu naprawdę nie widać, czy były wcześniej uprasowane:) 
   Oszczędności podlega także woda - choć nie są to działania tak restrykcyjne, jak to słychać z wypowiedzi niektórych srogich ekologów - zatem nie siusiam pod prysznicem, jak chce pani X., nie zrezygnowałam z codziennych zabiegów higienicznych, do czego zachęcają inni słynni. Ale od 12 lat nie posiadam wanny, a wszystkie urządzenia pracujące z użyciem wody, są wyposażone w dostępne nam patenty ekologiczne. 
  Poza tym: segregacja śmieci zgodnie z zasadami, recykling choćby drobnych rzeczy, które mogą się przydać - stare bluzki bawełniane jako szmatki do sprzątania, pozostawianie guzików, zamków błyskawicznych, podszewek, które jeszcze mogą się przydać. No i działania symboliczne (dlaczego nie?) - np. dziś będziemy obchodzić po raz trzeci Godzinę dla Ziemi - o 20.30 wygasimy wszystko, zapalimy kilka świeczek (szkoda, że w tym roku wybrałam sobie dietkę wiosenną akurat przez świętami i winka nie będzie, ale co tam :) i przez godzinę pogadamy sobie, albo pomilczymy, w zależności od nastroju.
  Od czasu do czasu staram się też coś przerobić na nowo, tak by nie wynosić na śmietnik, w drodze do sklepu po nowe, ale przedłużyć temu czemuś żywot. I tak ostatnio stało się z moją starą deską do prasowania. Wysłużyła się staruszka straszliwie, nieraz zalałam ją wodą, wytarł się pokrywający ją materiał, nawet wypełniacz z gąbki zaliczył dziury, aż do gołej płyty wiórowej, stanowiącej podstawę. Trochę mi wstyd, ale pokażę ją Wam: 


     Patrzyłam na to wszystko z rezygnacją, kładłam na zniszczony blat mojej deski kocyk i prasowałam dalej myśląc: ok, jak będę w mieście, kupię nową. I tak do następnego razu, i tak w kółko macieju. Aż ci tu po latach (!) natchnęło mnie. Dostałam od swojej Mamusi wynurkowany w Salonie (ha, ha, ha) Odzieży Używanej bardzo stosowny kawałek sztywnego płótna - miałam z niego uszyć prosty obrusik. Przypomniałam sobie też o gąbce, która pozostała mi z czasów, kiedy to osobiście dokonałam (w oparciu o kurs obrazkowy z Czterech Kątów) renowacji przedwojennych krzeseł (szkoda, że nie mogę się tym pochwalić, bo kiedyś nie miałam zwyczaju dokumentować fotograficznie swoich osiągnięć - i choć jestem nad wyraz samokrytyczna, to muszę stwierdzić: to była naprawdę dobra robota). 
    I tak się zaczęło. Gąbkę wyprałam, wysuszyłam. Przycięłam wraz z płótnem do rozmiaru zużytej staruszki. Podłożyłam tzw. zapasy (sprawiło mi to sporo problemów, bo gąbka okazała się stanowczo za gruba) i przypięłam do starego obłożenia, przy pomocy zszywacza tapicerskiego.  Oto kolejne etapy recyklingu:


   Wynik tej roboty nie jest idealny. Już w trakcie i po niej, uświadomiłam sobie, jakie błędy popełniłam, ale niech tam! Wszystkie niedoskonałości widać jedynie od spodu, czyli tam, gdzie nikt, nawet ja, nie zagląda. Ale, jakby nie było, muszę wyznać, że bardzo sobie poprawiłam nastrój! I nie idzie tu o oszczędność kasy (nowa deska - średnio ok. 100 zyli), bo recyklingowałam tę deskę ok. 5 godzin (licząc wszystkie czynności), ale o to idzie, że wyrwała mnie ta robota z wiosennego marazmu (do niczego zabrać się nie mogę) i o to, że deska nie powiększyła wysypiska śmieci, a mój lifting pozwoli jej służyć jeszcze długo, długo. Tak się dziś prezentuje:


    A na koniec moi mali przyjaciele :), bez których nie poradziłabym sobie z moim przedsięwzięciem:


     No i co wujenka myśli? Warto, nie warto? 
     I prośba do wszystkich tych, którym nie zabrakło cierpliwości, by ten post przeczytać do końca:) Jeśli stosujecie jakieś ekologiczne sztuczki, podzielcie się nimi ze mną. Chętnie przysposobię. A tymczasem uściski dla wszystkich Gości, tych stałych, i tych przypadkowych :)

czwartek, 8 marca 2012

Sonda(ż)

     Brzęczała natarczywie w lewej półkuli myśl, którą mogłabym nawet awansować do miana pomysłu.  Na razie nie ujawnię, co poeta miał na myśli, bo przyjdzie na to odpowiednia chwila. Uchylę jedynie rąbka tajemnicy, a jej resztę wówczas, gdy przekonam się, że pomysłowi będzie towarzyszyć przynajmniej minimalny odzew. I tu rąbek się kończy, a zaczyna falbanka bezlitosnych pytań, w formie bezpośredniego zwrotu do każdego czytelnika tego posta:


1. jeśli oglądasz czasem telewizję, jakich programów telewizyjnych wyczekujesz?
3. jaka rangę mają w Twojej ocenie programy, które prezentują konkursowe zmagania adeptów sztuk wszelakich, np. konkursy talentów muzycznych? 
4.  czy są Ci znane programy muzyczne, takie jak X Factor lub must be the MUSIC?
5. czy wyłaniasz w trakcie i po emisji tego typu programów swoich faworytów, ulubieńców?
6. czy lubisz typować zwycięzców i czy Twoje typowania okazują się trafne (częściowo trafne)?
   
  Gdyby ktoś pokusił się o komentarz, zaznaczę, że istotne są dla mnie odpowiedzi zwłaszcza na trzy ostatnie pytania. Dzięki nim rozeznam się, czy mój zamysł ma szanse realizacji, czy też wart jest jedynie funta kłaków:)

  Dla urozmaicenia treści tegoż postnego pościka, dwa klipy (spoza programów tv) wykonawców poprzednich edycji konkursów talentów muzycznych. Ci wykonawcy byli moimi faworytami - dotarli daleko, jednak nie był im pisany wieniec laurowy :)

Oto Dominika:


Oto Marcel i Nikodem:


Dzięki za wizytę, słonecznego łikendu :)

P.S. I z ostatniej chwili:
Jeśli masz małą chwilę czasu, kliknij TU, by przenieść się na stronę, dzięki której psiaki ze schroniska w Zabrzu będą miały coś na ząb :)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...