niedziela, 19 lutego 2012

Koniec przerwy!

   Gdyby nie ten rozpędzony Mikołaj zakotwiczający mnie jeszcze w roku 2011 i gdyby nie życzliwe  komentarze blogerek - Kociafrani, Bożenki i Trilli, pewnie jeszcze długo zwlekałabym z postem. Gaduły tak właśnie mają: najpierw gadać, gadać, gadać (zagadać na śmierć niemal), a potem milczeć i milczeć...
    Cóż działo się w trakcie posępnego milczenia? Ot, najpierw pogrążyłam się w melancholię wywołaną stanem długotrwałej bezśnieżności, brudnoszarą kolorystyką grudnia i stycznia, koniecznością jedzenia śniadania o godzinie 8. rano w pełnym oświetleniu żyrandola, kalendarzem Majów oraz zakłóceniami snu z powodu chrapania pana sąsiada wśród nocnej ciszy. Och, nie było mi w smak prowadzenie mego cyfrowego pamiętniczka! I choć wreszcie przyszła zima jaką lubię, z grubym płaszczem śniegu i siarczystym mrozem, czułam się, jakby coś mnie rozpuszczało, wprowadzało w stan nie do końca zżelowanej galaretki. Widać to na zdjęciach zrobionych podczas styczniowego niedzielnego spaceru nad Wigrami. Zobaczcie zresztą:



      Czyż nie wyglądam na obu pasmach zdjęć na mocno rozrzedzoną? :))))
    Gdy tak niecnie zaniedbywałam własny blog, uznając, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia, ani do pokazania, wertowałam obserwowane przez siebie blogi, zaglądałam również w miejsca nowe. I to utwierdziło mnie w słuszności przekonania wyrażonego wcześniej. Moją frustrację paradoksalnie pogłębiał totalny zachwyt nad ludzką pomysłowością, zdolnościami, kreatywnością i rozlicznymi umiejętnościami, spośród których moc budowania wokół siebie radosnej atmosfery (na co dzień, nie od święta!), a także zdolność szukania piękna w rzeczach i sprawach zwykłych, wydała mi się najcenniejsza. To taki duchowy pokarm, który żywił mnie przy wsparciu dobrych filmów, muzyki i literatury (przyznaję: byczę się, ile wlezie na swoim urlopie, bo wiem, że drugi taki już mi się nie trafi:). Tak właśnie upływał mi czas, w którym roniłam łzy nad własną ułomnością manualną.

   Kiedy już, już zebrałam energię do przełamania nędznej samooceny, rozchorowała się moja najserdeczniejsza, najwierniejsza przyjaciółka, Pola, znana też jako Lefek Płowy. Po raz drugi, w swym 14-letnim życiu, stanęła oko w oko ze śmiercią. Nie miałam nadziei, a moją rozpacz potęgowało poczucie winy, że mimowolnie przyczyniłam się do jej choroby. Ale udało się raz jeszcze - lekarz stanął na wysokości zadania, a poza tym Pola wiedziała, że ja jeszcze nie przygotowałam się na jej odejście. W ten sposób po raz kolejny dowiodła swej przyjaźni: wszak przyjaciele są zawsze obok nas. Jestem szczęśliwa.
---------------------------------------------------------------------------------------
  Tak dochodzimy do punktu, w którym poczułam się znów owładnięta manią twórczą i brakiem wstydu do dzielenia się jej owocami z dobrymi ludźmi, którzy mnie tu odwiedzają i jeszcze chcą napisać coś miłego:) Skutkiem tego postanowiłam w ostatnich dniach zabrać się chwacko za przetwory. W wyniku mego samozaparcia, udało mi się przetworzyć brystol, bibułkę, kawałek wstążki i kordonka, kilka koralików i złowionych w candy przydasiów, w urodzinową kartkę przeznaczoną dla mojej bliskiej koleżanki.
   Nigdy, ale to przenigdy, nie przyszło mi wcześniej do głowy (zapewne z wyjątkiem wczesnego dzieciństwa) parać się pracami plastycznymi. Ale tęsknie pozazdrościłam wszystkim mistrzyniom scrapbookingu, których twórczość podziwiam, najczęściej z rozdziawionym otworem gębowym. Oto efekt (proszę nie pękać ze śmiechu, zabieg zaszywania brzucha jest bolesny i kosztowny):






  
      Zdjęcia nie są szczególnie udane, za to moja pierwsza kartka okolicznościowa... też niestety nie :) Mimo to, nie zamierzam się zrażać, poza tym Jubilatka przyjęła kartkę z ogromną radością i kosmicznym zaskoczeniem, a reszta gości patrzyła oniemiała na widok efektu mojej kolejnej fascynacji :))))))) Miny wszystkich - bezcenne!
    A ponadto, ludzie, ja tę kartkę robiłam 10 godzin ( w ogóle nie jestem pewna, czy powinnam się do tego przyznawać) i pomyślałam, że ona jest dzięki temu strasznie drogocenna. Wcieliłam się w rolę kreatywnego księgowego i przemnożyłam stawkę jaką zarabiam w swojej pracy razy czas przeznaczony na wykonanie kartki. Wyszło mi, że jest ona warta ze trzysta złotych!!! Dam sobie paznokieć zgilotynować, że moja Wiola nigdy nie dostała tak kosztownej pocztówki:)
   Kolejna rzecz, którą chcę się publicznie nacieszyć, to upolowane w internecie "drobiazgi". Nie będę Was męczyć historią ich wypatrzenia i zdobycia (znowu: gadam, gadam, gadam!), ale po prostu pokażę. Pierwszy to replika manekina krawieckiego z przełomu XIX i XX wieku. Ma 57 cm i twarz, która mnie hipnotyzuje, choć nie jest klasyczną pięknością. Oto ona:



 

     A oto drugi nabytek, który marzył mi się od jakiegoś czasu. Również manekin, ale naturalnej wielkości. O ile pierwszy stanowi efekt odtworzenia czegoś niegdyś praktycznego, później przepoczwarzonego w dzieło (ja wiem?) sztuki użytkowej, o tyle ten drugi, mimo swej elegancji, będzie miał zastosowanie typowo praktyczne. Ale - uważam - wygląda fajnie. No nie?


     Tak właśnie sprawy się mają. Wkrótce urokliwy c.d. A dziś, późną nocą, dziękuję za odwiedziny, życzliwą uwagę i... być może... pozostawione tu dobre słowo:) Pozdrawiam serdecznie wszystkich Odwiedzających!






9 komentarzy:

dudqa pisze...

Witaj kochaniutka, ja właśnie ostatnio zastanowiłam się gdzie się zaszyłaś? Czasem tak bywa że trzeba sie na jakiś czas odciąć i odpocząć, widzę że nie próżnowałaś kartka urocza, wcale nie pękam ze śmiechu, zresztą bardzo oryginalna :) a zakupu swietne, pozdrawiam serdecznie

kreatywny-kącik pisze...

Cieszę się, że z pieseczkiem wszystko już dobrze. Kilka lat temu musiałam "pożegnać" mojego pekińczyka i do tej pory zdarza się, że o nim myślę. Rozstania są bardzo trudne...
Karteczka bardzo ładna, najważniejsze, że robiona własnoręcznie i tak od serca. Proszę się czasem nie zrażać - i nowe robić ! :) Będę wpadać i podglądać ;)
Klasyczny manekin boski - zazdroszczę zakupu, bo ma w sobie coś. Złoty bardzo elegancki - świetnie się prezentuje.
Pozdrawiam cieplutko spod Krakowa :)

Wiolka pisze...

Wreszcie jakis post po tak długim czasie no i od razy tyle ciakawostek :)) Fajnie coś znów u Ciebie poczytać :) Pozdrawiam

Bożenka pisze...

kochana nareszcie jesteś,,, ja też nie lubię szarej ponurej zimy, bo faktycznie człowiek traci chęci na cokolwiek,, za śniegową zimą też nie przepadam ale ta ma przynajmniej swój urok, zwłaszcza uwielbiam patrzeć jak płatki śniegu delikatnie padają z nieba.
Karteczka jest prześliczna, ta panienka w różowej spódniczce i ogromniastą kokardą na głowie....cudo. Manekin krawiecki śliczny, pani z XIX wieku też ma coś w sobie ;-)
Pozdrawiam i dziękuję za odwiedziny.
P.S. lubię czytać to Twoje "gadanie" ;-)

Prządka pisze...

Dziękuję Wam, Dziewczynki za wizytę i wsparcie! Wasze komentarze wprawiły mnie w nastrój błogi :)
Ech! Ściskam, miłego tygodnia!

Trilli pisze...

No!I to się mnie podoba!
Każdy musi czasem odetchnąć,i ja to rozumiem.Żeby nie było że nie...
Ale naród się domaga,więc czas był już najwyższy!
Karteczka...Jest świetna!I jaka cenna :)
Zakupy bardzo udane.Mój manekin ani się nie złoci,ani też nogi nie otrzymał...ale pomocny.Więc Twój jest po prostu doskonały!
Moc uścisków przesyłam :)

Kociafrania pisze...

Polunia przy tej stylowej kanapce jak Biszkoptowa Dama:piękna i dostojna!Kartko Wiolinowa piękna i poproszę tez na kolejne urodziny,pod warunkiem,że dotrwam.Jaśli nie,postawic przy urynce!!!!!

Kociafrania pisze...

Manekin ,nie powiem,całkiem przyzwoity.Gratuluję pomysłu.!

Prządka pisze...

Zachodzę w głowę, Kociafraniu: dlaczego karteczkę postawić przy urynce, a nie urence?
A jeśli los ześle nagły koniec, to czy zdążysz zostawić urynkę? :))))))))))))))

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...