czwartek, 23 lutego 2012

A kuku!

 Tym razem, o zdziwienie, będzie krótko :)  



   Jako zodiakalny bliźniak, posiadam pewną przypadłość, niestety dość komplikującą życie. Otóż, rozpocząwszy jedno, chętnie napoczynam drugie, trzecie, dziesiąte... Moją uwagę wiecznie zaprząta coś nowego. To coś mnie kusi, i dotąd natrętnie szepce do ucha,  aż się tym czymś zajmę. 
   A kuku! - wołał w zamierzchłych czasach ktoś, kto wynurzał się skądś znienacka... Dziś wołam do Was i ja. Skąd? A stąd!

Czy zechce mi ktoś "odkukać", zanim całkiem ochrypnę?
Pozdrawiam słonecznie, wbrew ołowianym chmurom :)

niedziela, 19 lutego 2012

Koniec przerwy!

   Gdyby nie ten rozpędzony Mikołaj zakotwiczający mnie jeszcze w roku 2011 i gdyby nie życzliwe  komentarze blogerek - Kociafrani, Bożenki i Trilli, pewnie jeszcze długo zwlekałabym z postem. Gaduły tak właśnie mają: najpierw gadać, gadać, gadać (zagadać na śmierć niemal), a potem milczeć i milczeć...
    Cóż działo się w trakcie posępnego milczenia? Ot, najpierw pogrążyłam się w melancholię wywołaną stanem długotrwałej bezśnieżności, brudnoszarą kolorystyką grudnia i stycznia, koniecznością jedzenia śniadania o godzinie 8. rano w pełnym oświetleniu żyrandola, kalendarzem Majów oraz zakłóceniami snu z powodu chrapania pana sąsiada wśród nocnej ciszy. Och, nie było mi w smak prowadzenie mego cyfrowego pamiętniczka! I choć wreszcie przyszła zima jaką lubię, z grubym płaszczem śniegu i siarczystym mrozem, czułam się, jakby coś mnie rozpuszczało, wprowadzało w stan nie do końca zżelowanej galaretki. Widać to na zdjęciach zrobionych podczas styczniowego niedzielnego spaceru nad Wigrami. Zobaczcie zresztą:



      Czyż nie wyglądam na obu pasmach zdjęć na mocno rozrzedzoną? :))))
    Gdy tak niecnie zaniedbywałam własny blog, uznając, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia, ani do pokazania, wertowałam obserwowane przez siebie blogi, zaglądałam również w miejsca nowe. I to utwierdziło mnie w słuszności przekonania wyrażonego wcześniej. Moją frustrację paradoksalnie pogłębiał totalny zachwyt nad ludzką pomysłowością, zdolnościami, kreatywnością i rozlicznymi umiejętnościami, spośród których moc budowania wokół siebie radosnej atmosfery (na co dzień, nie od święta!), a także zdolność szukania piękna w rzeczach i sprawach zwykłych, wydała mi się najcenniejsza. To taki duchowy pokarm, który żywił mnie przy wsparciu dobrych filmów, muzyki i literatury (przyznaję: byczę się, ile wlezie na swoim urlopie, bo wiem, że drugi taki już mi się nie trafi:). Tak właśnie upływał mi czas, w którym roniłam łzy nad własną ułomnością manualną.

   Kiedy już, już zebrałam energię do przełamania nędznej samooceny, rozchorowała się moja najserdeczniejsza, najwierniejsza przyjaciółka, Pola, znana też jako Lefek Płowy. Po raz drugi, w swym 14-letnim życiu, stanęła oko w oko ze śmiercią. Nie miałam nadziei, a moją rozpacz potęgowało poczucie winy, że mimowolnie przyczyniłam się do jej choroby. Ale udało się raz jeszcze - lekarz stanął na wysokości zadania, a poza tym Pola wiedziała, że ja jeszcze nie przygotowałam się na jej odejście. W ten sposób po raz kolejny dowiodła swej przyjaźni: wszak przyjaciele są zawsze obok nas. Jestem szczęśliwa.
---------------------------------------------------------------------------------------
  Tak dochodzimy do punktu, w którym poczułam się znów owładnięta manią twórczą i brakiem wstydu do dzielenia się jej owocami z dobrymi ludźmi, którzy mnie tu odwiedzają i jeszcze chcą napisać coś miłego:) Skutkiem tego postanowiłam w ostatnich dniach zabrać się chwacko za przetwory. W wyniku mego samozaparcia, udało mi się przetworzyć brystol, bibułkę, kawałek wstążki i kordonka, kilka koralików i złowionych w candy przydasiów, w urodzinową kartkę przeznaczoną dla mojej bliskiej koleżanki.
   Nigdy, ale to przenigdy, nie przyszło mi wcześniej do głowy (zapewne z wyjątkiem wczesnego dzieciństwa) parać się pracami plastycznymi. Ale tęsknie pozazdrościłam wszystkim mistrzyniom scrapbookingu, których twórczość podziwiam, najczęściej z rozdziawionym otworem gębowym. Oto efekt (proszę nie pękać ze śmiechu, zabieg zaszywania brzucha jest bolesny i kosztowny):






  
      Zdjęcia nie są szczególnie udane, za to moja pierwsza kartka okolicznościowa... też niestety nie :) Mimo to, nie zamierzam się zrażać, poza tym Jubilatka przyjęła kartkę z ogromną radością i kosmicznym zaskoczeniem, a reszta gości patrzyła oniemiała na widok efektu mojej kolejnej fascynacji :))))))) Miny wszystkich - bezcenne!
    A ponadto, ludzie, ja tę kartkę robiłam 10 godzin ( w ogóle nie jestem pewna, czy powinnam się do tego przyznawać) i pomyślałam, że ona jest dzięki temu strasznie drogocenna. Wcieliłam się w rolę kreatywnego księgowego i przemnożyłam stawkę jaką zarabiam w swojej pracy razy czas przeznaczony na wykonanie kartki. Wyszło mi, że jest ona warta ze trzysta złotych!!! Dam sobie paznokieć zgilotynować, że moja Wiola nigdy nie dostała tak kosztownej pocztówki:)
   Kolejna rzecz, którą chcę się publicznie nacieszyć, to upolowane w internecie "drobiazgi". Nie będę Was męczyć historią ich wypatrzenia i zdobycia (znowu: gadam, gadam, gadam!), ale po prostu pokażę. Pierwszy to replika manekina krawieckiego z przełomu XIX i XX wieku. Ma 57 cm i twarz, która mnie hipnotyzuje, choć nie jest klasyczną pięknością. Oto ona:



 

     A oto drugi nabytek, który marzył mi się od jakiegoś czasu. Również manekin, ale naturalnej wielkości. O ile pierwszy stanowi efekt odtworzenia czegoś niegdyś praktycznego, później przepoczwarzonego w dzieło (ja wiem?) sztuki użytkowej, o tyle ten drugi, mimo swej elegancji, będzie miał zastosowanie typowo praktyczne. Ale - uważam - wygląda fajnie. No nie?


     Tak właśnie sprawy się mają. Wkrótce urokliwy c.d. A dziś, późną nocą, dziękuję za odwiedziny, życzliwą uwagę i... być może... pozostawione tu dobre słowo:) Pozdrawiam serdecznie wszystkich Odwiedzających!






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...