sobota, 22 grudnia 2012

Dobra Nowina

   Cztery rzeczy są, z których człowiek się wydaje: kompanija, zabawy, mowa, obyczaje - twierdził Daniel Naborowski..
   W sam raz można by tę maksymę do czasu świątecznego przyłożyć: jak zatem każe obyczaj, omiećmy izbę radośnie, przystrojmy ją - niech pachnie czystością i leśnym igliwiem z drzewka zielonego. Snopek w kącie postawiony - niech urodzaj zwiastuje:)
 Ukłon czyniąc tradycji, ugotujmy potrawy smakowite, postnych wyrzeczeń uwieńczenie
Pochodzenie szopki
      A kiedy pierwsza błyśnie gwiazdka, światło nadziei nad światem zapalając - skupmy się w kompaniji najbliższej, miejsca w niej nie skąpiąc nieoczekiwanemu gościowi. Piękną mową ojczystą myśli poczciwe a godne zbudujmy i życzenia wypowiedzmy, sobie i światu. 
    Radosnej zabawie wigilijnej niechaj kolędy wtórują i słowa ciepłe, i myślenie zacne, i wspominki - a wszystko to na okoliczność Niezwykłych Narodzin sprzed 2012 lat.
Wesołych świąt :)

sobota, 17 listopada 2012

Mój Zwierzyniec. Odcinek 2:)

     Epizod z Sabą i Protazym, którzy poszli własną drogą:), nie powtórzył się przez długie lata. Tęsknotę za własnym zwierzakiem mogłam koić poprzez spotkania z psiakami moich bliskich - np. z kundelką Łatką, którą przygarnęli moi Dziadkowie w Krośnie Odrzańskim, gdzie spędzałam co roku w dzieciństwie część letniej kanikuły. 
    Tymczasem lata mijały, a wraz z upływem czasu któregoś dnia przydryfował do naszego domu nowy jego mieszkaniec, ma się rozumieć - czworonożny. To była nieopisana radość smutnej zimy 1981 roku (i realizacja pierwszego z moich marzeń u progu dorosłości:). Nabytek był płci żeńskiej, miał krótką szarą sierść, nieco szczurzy ogonek, wielkie uszy, grube łapy, był trochę pokraczny. Nie wyglądał, ale mienił się dogiem niemieckim.  Kosztował sporo, lecz nie tyle, ile jego bracia i siostry, ponieważ był trochę wybrykiem natury - stalową sierść szpeciły białe i czarne łaty, które go dyskwalifikowały kynologicznie. Pan hodowca nie drożył się, wiedział, że dog - szary arlekin - łatwo nie znajdzie amatora. Takie (słabe) zdjęcia zachowałam z tego okresu:
    Nabytek dostał na imię Norma. Rozpoczęłam wtedy swą przygodę zawodową z bibliotekoznawstwem i katowali nas na studiach tysiącami rozmaitych norm - a to ewidencji zbiorów, a to klasyfikacji, a to katalogowania, itp. Normy śniły mi się każdej nocy:) To imię i jego motywacja budziły zawsze zaskoczenie, dlatego, po pewnym czasie tłumaczyłam je inaczej: Dlaczego Norma? - Ponieważ takie było prawdziwe imię Marilyn Monroe, równie pięknej jak moja Norma:)
    Była kochanym psem.... Czas jej dzieciństwa to psoty, ostrzenie zębów na przedmiotach użytku domowego, długo nieskuteczna nauka załatwiania potrzeb fizjologicznych na podwórku (stąd założona gazetami podłoga w mieszkaniu:). Z tego okresu najlepiej pamiętam operację obcięcia jej uszu - dziś jest to oznaka zakazanego barbarzyństwa, i słusznie. Wtedy, w odniesieniu do bokserów, dogów była to.... norma. Z zabandażowanym łebkiem, po operacji, przypominała mi lekcje w ogólniaku, podczas których peowiec uczył, jak bandażować głowy uszkodzone w trakcie bombardowania - potem bandażowaliśmy się nawzajem na ocenę (zwykle niedostateczną) i płakaliśmy z tłumionego śmiechu:))))), a peowiec był wkurzony na maksa.
   Norma piękniała z dnia na dzień. Już po pól roku nie przypominała nieporadnego siusiumajtka. Jako pies dorosły budziła podziw, zachwyt, respekt. Spacer z nią zawsze gwarantował zaciekawienie - bo właścicieli dogów w tym czasie, w moim miasteczku, nie było wielu. Co ciekawe, mimo swoich gabarytów i monumentalnego wyglądu, była istotą płochliwą. Potrafiła spierniczać przed jamnikiem... ale nie lubiła owczarków niemieckich. Kiedyś bez żadnej przyczyny zaatakowała jednego, a jej agresja była tak nieprawdopodobna, że ledwo utrzymałam ją na wodzy (ze zdumienia i  śmiechu). 
     Była taka kochana, piękna i dobra... Gdy miała lat kilka, postanowiliśmy w jej imieniu o przedłużeniu rodu. Urodziła troje dzieciaczków: dwie dziewczynki i chłopaczka. Jednego szczeniaka oddaliśmy, zgodnie z obyczajem, właścicielowi reproduktora. Drugiego (dziewczynkę) wzięła sobie pewna pani, a nam pozostał piesek, który jakoś nie mógł znaleźć właściciela (odmawialiśmy wielu chętnym, którzy wydawali się nam nie dość odpowiedni). Nazwaliśmy go Żulem, bo strasznie chuliganił. Był cudowny, ale martwiliśmy się, że zostanie z nami, bo dwa dogi w mieszkaniu w bloku to nieciekawy pomysł. Oddaliśmy go za symboliczne 5 zł młodej dziewczynie, która starannie się nim zajęła, a opiekę rozpoczęła od zamiany krepującego imienia na... Dżul :)
     W moich wspomnieniach o Normie szczególnie silnie zachowała się pamięć pewnej letniej przygody. Wybieraliśmy się z moim chłopakiem (obecnie mężulkiem) do domku w okolicach Wigier. Ja dotarłam tam autobusem, on miał dojechać rowerem, w asyście Normy. Było tego dnia bardzo ciepło, a dystans do pokonania wynosił jakieś 10-12 km. By pies mógł regenerować siły, M. robił mu przerwy w podróży. Gdy kolejna z nich dobiegła końca, Norma nagle zerwała się i ruszyła w głąb lasu. Mimo nawoływań, zniknęła w nim. M. w żaden sposób nie mógł jej odnaleźć - jakby się pod ziemię zapadła. Wsiadł więc na ten nieszczęsny rower i dojechał do mnie. Przeraziłam się. Natychmiast wróciliśmy na miejsce zdarzenia i rozpoczęliśmy poszukiwania: kamień w wodę. W okolicy jej ucieczki znajdował się poligon strzelecki, niedaleko tory kolejowe, a trochę dalej bardzo ruchliwa trasa samochodowa. W panice rozważałam możliwe scenariusze: zastrzelenie psa, jego śmierć pod kołami pociągu lub samochodu. Rozpaczliwe poszukiwania i gromkie a nieskuteczne nawoływania zakończyliśmy około 22., kiedy było już ciemno. Wróciłam do domu i długo płakałam, na dodatek przerażała mnie perspektywa powiadomienia o wszystkim mojej Mamy (bardzo przywiązanej do Normy), która przebywała w tym czasie poza domem. Zasypiałam z ciężkim sercem... Obudziło mnie bardzo wcześnie słońce zaglądające przez okna trzeciego piętra i rześkość poranka. Wyglądnęłam przez okno, by napełnić płuca tą świeżością, opuściłam głowę w dół i zaniemówiłam... ona leżała przy drzwiach do klatki schodowej, wyczekiwała w pozycji dostojnej... wyglądała jak egipski sfinks. Nigdy nie zapomnę tego widoku i swojej radości. Wyrwałam z wrzaskiem, śmiechem i płaczem, w koszuli nocnej, na bosaka, po schodach na dół z 3. piętra. Ściskałam ją, całowałam po pysku, ku zdziwieniu (nielicznych jeszcze o tej porze) przechodniów. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, co też przeżyła, gdzie spędziła noc, jak zdołała wrócić do domu oddalonego o jakieś 10 km, z miejsca, w którym nigdy wcześniej nie przebywała, będąc psem kroczącym zawsze przy nodze. Do dziś uznaję to za wydarzenie niezwykłe:)
        W listopadzie roku 1991 Norma zachorowała. Nikt nie spodziewał się nagłego ataku jej choroby, a zbieg okoliczności wybrał sobie właśnie mnie na osamotnionego świadka ostatnich dni życia Normy. To były tak traumatyczne przeżycia, że ich ciągłe rozpatrywanie wpędziło mnie w stan depresyjny, towarzyszący mi prawie rok od jej śmierci. Czas uspokoił smutek, choć jeszcze dziś czuję ukłucie w sercu, na wspomnienie tych trudnych chwil, kiedy to 11 listopada 1991 r. odpływała na drugi brzeg ...

cdn.      

sobota, 10 listopada 2012

Liebster Blog :)

     Wiola z bloga Malowanego farbami życia zaprosiła mnie do - powracającej co jakiś czas w blogosferze - zabawy w 11 pytań. Ma to związek z nominacją do nagrody Liebster Award, wyrazu uznania dla właściciela bloga za kreację jego osobistej maciupkiej przestrzeni w ogromnym wirtualnym świecie: 

   Miło mi było dowiedzieć się, że mój wirtualny kącik zasługuje na uwagę, toteż dziękuję Ci, Wiolu, za wyróżnienie i w ramach tej zabawy odpowiadam następująco na Twoje zapytania:
1. Na słodko czy na słono? - słodko
2. Wanna czy prysznic? - wanna
3. Ubrania stonowane czy kolorowe? - stonowane
4. Pies czy kot? - pies
5. Kino czy teatr?  - kino
6. Pióro czy długopis?  - długopis
7. Szarlotka czy sernik?  - sernik
8. Szminka czy błyszczyk?  - błyszczyk
9. Samochód czy autobus/tramwaj?  - samochód
10. Thriller czy komedia?  - thriller
11. Kartka urodzinowa czy życzenia sms-em?  - kartka urodzinowa

    Ponieważ nie mogę wskazać 11 blogów, które zasługują na szczególne wyróżnienie, bo uwielbiam wszystkie, przeze mnie obserwowane, skieruję swoje pytania do osób, które zaglądają do Przędzalni i chciałyby na nie odpowiedzieć:
1. Wiosna czy lato?
2. Sprite czy sok z grapefruita?
3. Antyki czy Ikea?
4. Moskwa czy Barcelona?
5. Muzyka góralska czy discopolo?
6. Len czy stretch?
7. Tatuaż czy kolczyk w nosie?
8. Obraz czy fotografia?
9. Wspinaczka górska czy sporty wodne?
10. Huczne wesele czy podróż do Nowej Zelandii?
11. Tenisówki czy szpilki?

    Goście moi drodzy, gdybyście zechcieli przyjąć ode mnie Liebster Award, będzie mi miło, tym bardziej, że wszystkim z Was należy się wyróżnienie i... przyjemność odpowiedzi na specjalnie dla Was wyszukane pytania:))))
   
Miłej niedzieli i pomyślności 

w nadchodzącym kolejnym tygodniu listopada! 

Z ostatniej chwili:
Nominuję do Liebster Award blogi Uli i Agnieszki i Wioli: one są nie tylko wspaniałymi kreatorkami, ale też odpowiedziały na moje podchwytliwe pytania:)
P.s. Dalszy udział w zabawie absolutnie niezobowiązujący:) 

niedziela, 21 października 2012

Tralla-la, Trilli-li!

     Mój elektroniczny pamiętniczek wala się w elektronicznym kącie takiejże przestrzeni. Zaniedbałam go z kretesem i nie mogę się dziwić, że nikt już prawie do mnie nie zagląda. W dodatku nic nie wróży, bym się miała zreformować w zakresie uzupełniania wpisów. Buuuuu! No, ale tak już, widać, musi być. Dobrze. 
  Dziś odkurzam pamiętniczek z powodu naprawdę ważnej okoliczności. Otóż miałam szczęście zostawić na artystycznym, kolorowym, pachnącym blogu Uli komentarz, który Gospodyni przypadł do gustu, wskutek czego miałam od Niej otrzymać upominek wymyślony przeze mnie samą - a wymarzyłam sobie koronkowy kołnierzyczek na guziczek, bo Ula jest mistrzynią (m.in.) szydełka. Kiedy obwieściła koniec pracy nad upominkiem dla mnie i pokazała go na swoim blogu, nie mogłam uwierzyć, że coś tak uroczego trafi do moich rąk. Postanowiłam użyć zaklęcia: 

W siatkę dziś łapię marzeń motyle.
Liczę je skrzętnie i... oglądam chwilę
- mają baśniowe kształty, kolory:
Te lśnią gwiazd blaskiem, 
Tamte, jak roku cztery pory
- w barwny kobierzec złożone.
Gładzę swoje skarby łowne w chwili śpiewnej ciszy,
Słyszę ich melodię słodką (nikt prócz mnie nie słyszy)
I spostrzegam nagle, w siatki splocie gęstym,
Piękne skrzydła ażurowe, wprost z zielonej przędzy!
Ale, cóż to!... Gwałtu, rety!...
Skrzydła owe nie dla mnie, nie dla mnie, niestety!
Nim motyla zielonego schwycić w dłonie zdołam,
On odfruwa w przestrzeń, próżno za nim wołam!
Czyż więc śniłam zatem, czy też prawdy jest bliski
Rychły powrót motyla?
Marzę o tym. Przesyłam uściski!

     I wiecie co? Pomogło zaklęcie. Tydzień temu, w piątek, pan listonosz przykłusował do mnie z przesyłką. A w niej mój zielony motyl czekał cierpliwie na rozpieczętowanie. 
Voila!



Ale nie koniec na tym! Ula, która posiadła tajemnicę rozciągania doby do jakichś bajecznych rozmiarów, bo realizuje całą masę innych mistrzostw, specjalizuje się również w doskonałej kuchni - wypieki, przetwory, dania wszelakie - czego tam nie ma! 
I otóż wymieniłyśmy kiedyś kilka uwag na temat nalewek. Jakie więc było moje zdumienie, gdy odkryłam w przesyłce flaszeczkę aroniówki. Buteleczka tak mnie zachwyciła, że poprosiłam o wskazanie sprzedawcy takich pięknych piersióweczek. I cóż? Okazało się, że buteleczka niegdyś przyjechała z Grecji - poczułam się uhonorowana potrójnie. Ula, bardzo, przebardzo dziękuję!



     Degustacja aroniówki czeka na odpowiedni moment, natomiast kołnierzyk wybrał się już ze mną do pracy, gdzie był obiektem zazdrosnych westchnień pań mniej ode mnie tego dnia eleganckich.
   Ech, wzdycham sobie i ja cichutko.... znów jestem blogoszczęściarą:) Często myślę nad tym fenomenem blogosfery: ludzie, którzy nigdy się nie spotkali, właściwie nie znają się - przekazują sobie dowody wzajemnej sympatii, wartościowe upominki, poświęcają swój cenny czas i uwagę... A może to nie fenomen blogosfery, tylko ludzi, po prostu?
Pozdrawiam wszystkich, którzy tu zaglądnęli lub zbłądzili:) Pogodnego tygodnia! 

piątek, 14 września 2012

Kiedy ludzie mnie wkurzają, szukam pastylki na uspokojenie.... I znajduję:


I już po gniewie. Ludzie są cudowni :)
Pozdrowienia, słonecznego łikędu!

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Jestem blogoszczęściarą:)

     Znów w ostatnim czasie dopisał mi fart:) 


 Zostałam wyróżniona przez Aśko w jej zabawie, którą organizowała tutaj. Ja w ramach tej zabawy porwałam się na twórczość "poetycką" (ha,ha,ha) i tym zdobyłam życzliwość Organizatorki. Dostałam już paczuszkę, a w niej mnóstwo smakołyków. Mniam, mniam.... 


Wśród smakołyków znalazły się szczególnie pożądane przez moją sroczą naturę: kolorowe sznureczki - gładkie i włochate, koraliki, aplikacje, serwetki. Do tego kolorowe papiery bazowe (chyba, bo ja słabo się znam na scrapbookerskich materiałach) i takie sztywne kartoniki w różnych kształtach. Jestem błogą szczęściarą:)

 


Dziękuję, Joasiu, będą  s(po)tworzone, znaczy spożytkowane godnie, zapewniam:) 

   






    By nie być gołosłowną producentką zapewnień bez pokrycia, poniżej prezentuję to, co z kolei s(po)tworzyłam z cukiereczków Agnieszkowych, bo przecież niedawno uszczęśliwiła mnie swą niespodzianką gospodyni Kreatywnego Kącika, która znów kusi fajnym upominkiem dla  swoich czytelników. 
    Zgódźmy się: "dzieło" nie jest wybitnym reprezentantem gatunku, ale co tam... Zdjęcia również takie se, ale co tam, po raz drugi...:)







   To kartka, którą chciałabym upamiętnić urodziny swojej bliskiej koleżanki. Po raz drugi wzięłam się za taki sposób wyrażenia życzeń urodzinowych. Muszę Wam powiedzieć, że obie obdarowane w ten sposób osoby są jeszcze bardziej leworęczne ode mnie (ja mam przynajmniej desperację do rękodzieła:) i pierwsza z moich kartek wywołała szok i totalny zachwyt ich obu (hi,hi,hi!). Liczę na powtórzenie rozdziawionych gąb już za kilka dni, na kolejnej kawce urodzinowej:) A inni osobnicy, którzy moje obie kartki widzieli, marzą o uhonorowaniu ich w podobny sposób. Noooo, może trochę się przechwalam, ale po to mam bloga:)))))))))))))))

Pozdrawiam, trzymajcie się pogodnie, mimo sierpnia na finiszu!

środa, 1 sierpnia 2012

Kap, kap - płyną łzy...

   Nie planowałam dziś posta (rozszalałam się z tymi wpisami) - ale plany to mają do siebie, że lubią się wymykać spod kontroli planisty. 
   Czy macie czasem łzawe dni? Bo ja tak. I wiecie, co jest w tym osobliwego? Otóż często płacz atakuje mnie podstępnie, w ogóle nie stajemy ze sobą twarzą w twarz, on lubi zachodzić mnie od tyłu, i co gorsza, bardzo często w trakcie... jedzenia posiłku, kiedy jestem naprawdę bezbronna. Przeżuwam sobie, przeżuwam i nagle, bęc - do kubka z herbatą albo do talerza z jajecznicą zaczynają kapać łzy. Kap, kap, kap... I taki dzień przydarzył się właśnie dziś. Miałam do tego trzy powody - tak różne, że aż postanowiłam podzielić się opowieścią o nich na swoim blogu.
   Pierwszą przyczyną była słabość i ogólnie nie najlepszy od kilku dni stan zdrowia mojej kochanej Poli, mego oczka w głowie. Łzy kapały mi ze smutku i poczucia bezradności.
   Kolejny powód to 68. rocznica 1. sierpnia. Kiedy słucham pierwszego w tym dniu serwisu informacyjnego, zawsze ściska mi gardło myśl o nieopisanym tragizmie tamtych wydarzeń. Przed oczyma przemykają obrazy dzieci w za dużych hełmach, z za dużymi karabinami, obrazy płonących ruin Warszawy i grobów kopanych naprędce. Przypominają mi się sceny z Kanału Wajdy, a w uszach brzmią słowa Baczyńskiego: Jeno odmień czas kaleki, nakryj groby płaszczem rzeki..." wyśpiewane przez E. Demarczyk. 
      Dziś, poza wymienionymi, pojawił się jeszcze jeden powód do płaczu. Pod koniec rozwodnionego łzami śniadania, strasznie jakoś wcześnie, zastukał do drzwi pan listonosz. Przesyłkę odebrał mój mężulek, a ponieważ nie była to zwyczajna, lecz okazała koperta, spytał kwaskowato: "Znowu kupiłaś jakieś obcęgi, albo koraliki?". Przestraszyłam się, że już nie kontroluję własnych poczynań, a moja pamięć właśnie zaczęła ulegać rozkładowi. Rzuciłam okiem na dane adresata: zgadza się, listonosz nie pomylił się. Rzuciłam okiem na dane nadawcy: większość znam, ale to pomyłka! Co robić? Napiszę szybko maila i odeślę, bo właściwy odbiorca pewnie już czeka zniecierpliwiony na swoją przesyłkę. Do porządku przyprowadził mnie trzeźwo mężuś: "Jak można wysyłać coś komuś wpisując dane zupełnie innej osoby? Opamiętaj się i otwórz lepiej!" Uległam namowom i.... ze zdumieniem przeglądałam zawartość koperty:


   Były w niej prawdziwe skarby! Nie zdołałam obfocić wszystkich. I mogę przyznać, że podczas ich przeglądania moje oczy osiągnęły wielkość talerzyków deserowych. Przyszło mi ponownie zakosztować wielkiej, wielkiej radości:). Ja mam naturę sroczą - zbieram niezliczone ilości drobiazgów, które mnie zachwycają, w których widzę element przyszłego dzieła sztuki (oho, ho - artysta przemówił:). Kiedyś napiszę na ten temat koniecznie, bo to mnie kwalifikuje do domu wariatów:)
     Potem wydobyłam z koperty inną kopertę, a z niej pięknie ozdobioną kartkę:


   Kap, kap, kap.... kap, kap, kap.....
   Sprawczynią łez jest Agnieszka, prowadząca Kreatywny Kącik - jeden z tych blogów, które czytam regularnie i lubię wtrącać do wpisów swoje trzy grosze. Agnieszka jest wszechstronną crafterką - zajmuje się florystyką, scrapbookingiem, tworzy biżuterię, a wszystko potrafi pięknie sfotografować. Ogromnie podoba mi się to, że w swoich postach zamieszcza informacje odnośnie wykorzystanych materiałów i technik, wraz z linkami do tutoriali. Warto tam zaglądać:)
    Agnieszka wzruszyła mnie tak bardzo, ponieważ uszykowała mi absolutnie nieoczekiwaną niespodziankę,  (równie dobrze mogłam się spodziewać upominku od królowej angielskiej:), a poza tym, jakby odczytała moje myśli.... bo mnie się cichutko marzy scrapbooking - choćby taki malutki, dla przyjaciół i bliskich. Poczyniłam w tym kierunku pierwsze zakupy, przygotowuję projekcik kartki urodzinowej dla przyjaciółki... Te urocze drobiazgi spadły mi, jak z nieba. A do nich Agnieszka dołączyła piękną zakładkę do książek, z przeuroczą koralikową kulką:



   Bardzo, bardzo za to wszystko dziękuję! Ty i Marzenka wprowadziłyście mnie w stan prawdziwego osłupienia. Będę teraz miała wiele do myślenia. To niesamowite, do czego to dochodzi w świecie wirtualnych znajomości:)

Płaksa Prządka serdecznie ściska, dziękuje za wizytę
i życzy miłego dnia!

poniedziałek, 30 lipca 2012

Mój Zwierzyniec. Odcinek 1.


     Miłość do zwierząt była we mnie od zawsze... no, może z wyłączeniem poznawczego etapu wyrywania skrzydeł muchom we wczesnym dzieciństwie, czego pamięć tłumię wstydliwie. Ta miłość ma charakter naturalny. Ot, sama z siebie. Nie pamiętam, aby jakoś szczególnie edukowali mnie w jej zakresie rodzice lub szkoła - żadnych kiepskich wzorów, ale też bez rewelacji w drugą stronę. Myślę sobie, że jej źródłem stało się w którymś momencie odkrycie, że zwierzęta to znacznie lepsza wersja lalek i misiów, bo w odróżnieniu od nich mają naturalną ciepłotę futra, żywe myślące oczy, przyjaźnie rozhuśtany ogon, szczerze uśmiechnięty pysk i gotowość do zwariowanej zabawy. I zapewne wówczas zakiełkowało w świadomości przekonanie, że takiemu oto towarzyszowi rozmaitych swawoli nigdy nie można uczynić krzywdy. Świetną robotę oświeceniową w tej (i nie wyłącznie w tej) sprawie wykonali z pewnością autorzy książek czytanych w dzieciństwie.
    Wraz z opisanymi wyżej objawieniami pojawiło się pragnienie posiadania własnego czworonoga (rybki, świnki, króliczki, chomiczki - choć wspaniałe, nigdy nie były obiektami marzeń, nie oferowały takiego poziomu wzajemnego porozumienia). Właśnie to pragnienie otworzyło wrota do samopiszącej się po dziś dzień historii pt. Mój zwierzyniec
     Owoż odcinek 1.

     Na początku byli Saba i Protazy. Nie potrafię odtworzyć (i nie ma to dziś żadnego znaczenia), które z nich było najpierwsze. Saba - rasowa bokserka, Protazy - rudy kocur przybłęda, pojawili się w naszym domu, kiedy jeszcze mieszkałam wraz z bratem i rodzicami w Szklarskiej Porębie. Tylko tyle potrafię powiedzieć o wyglądzie stworzeń, których właścicielką mogłam się mienić w jakimś ograniczonym zakresie: ruda bokserka i rudo-biały kocur. Przypuśćmy, że wyglądali, mniej więcej tak, jak ci oboje, po lewej stronie tego tekstu :)))))

     Żaaaarcik, żaaaaarcik! Przecież ten mały, pod uchem tej dużej, wcale nie jest rudy:) A poza tym, nie byli u nas jednocześnie. Protazy został gwałtem wprowadzony na salony i nigdy nie zyskał stałego obywatelstwa - był dochodzący i to niezbyt długo. Wolał popasać na wolności, czemu trudno się dziwić, i kiedyś po prostu znudziły mu się wizyty u nas. Tak myślę. Z Sabą sprawa miała się trochę inaczej. Pojawiła się i pozostała do pierwszych wakacji. Kiedy wróciłam do domu po jakimś wyjeździe, psa już w nim nie było. Rodzice poinformowali nas, że Saba pobiegła dokądś i nie wróciła. Strasznie mi było żal, ale nie zwykłam wówczas dręczyć się czymkolwiek nazbyt długo. Odkryłam po jakimś czasie, że zniknięcie Saby nie miało związku z żadną ucieczką. Rodzice oddali ją komuś - przypuszczam, że ja z bratem byliśmy wtedy nie do końca odpowiedzialnymi opiekunami, a oni sami mieli dość własnych zajęć (dziś nie ma to już żadnego znaczenia). Szkoda tylko, że nie potrafili powiedzieć nam o tym wprost.
     Ta krótka obecność futrzaków w moim życiu miała związek z późniejszym marzeniem, którego treść może dziś przyprawiać o zawrót głowy: kiedy dorosnę, chciałabym dorobić się trzech "rzeczy": psa, telefonu, samochodu. Telefon! - dacie wiarę?! W czasach, kiedy o nim marzyłam, naprawdę usprawniał komunikację i ułatwiał życie, dziś wprost odwrotnie, choć pozornie tak. Samochód! - dacie wiarę?!  Ach, wydawał mi się kiedyś szczytem mobilności. Dziś, kiedy niemal wszyscy go mają, marzy mi się raczej wynalazek katalizatora usprawniającego ruch szarych komórek... A pies w moich marzeniach? Jedynie on nic nie stracił na wartości - psia mądrość, dobroć, miłość i wierność są ponadczasowe - i nie ma tu żadnych ruchów na mapie znaczeń. 
c.d.n.
Miłego dnia, dziękuję za wizytę i komentarze. Serdecznie pozdrawiam najwytrwalszych Gości:)

środa, 25 lipca 2012

Wstęp do historii rodowego klejnotu :)

    Przydarzyło mi się coś, co zapewne nie przydarza się często... Otóż, z przyczyn mi nieznanych, zostałam obdarowana. Gdy się o tym dowiedziałam, zatkało mnie potrójnie - z zaskoczenia, ze zdziwienia i z radości., która zresztą nakazała mi podzielić się nią publicznie, co niniejszym czynię:)
   Owoż wspaniałomyślnym darczyńcą jest Marzenka, specjalizująca się w tworzeniu biżuterii wire wrapping. Ech, to technika tylko dla prawdziwych twardzieli - myślę, że można uświernkąć od zaplatania drucika wokół drucika, który też jest zwykle artystycznie powykręcany, lutowany, spawany i co i nie tylko:) Możecie się przekonać odwiedzając bloga Marzenki lub MGallery, gdzie, między innymi, wystawia swoje prace. Zanim tam dotrzecie, rzućcie okiem na upominek, który dotarł do mnie. Nigdy nie zgadnę, dlaczego stałam się jego szczęśliwą posiadaczką - ale czy to zaraz trzeba wiedzieć koniecznie wszystko? 
   Kolczyki, którymi zostałam obdarowana, Marzenka wystrugała ze srebra prób rozmaitych, umieszczając w środku szlachetny kryształek - kwarc blue mystic. Są one utkane tak misternie, że moje oko gubi się w serpentynach skrętów i zwojów, których początku i końca nie sposób wytropić. Piękna i stylowa to biżuteria. Postanowiłam z kolczyków Marzenkowych uczynić swój klejnot rodowy (każdy klejnot rodowy musi mieć swój początek!) i przekazywać go uroczyście, w stosownej chwili, wszystkim swoim zstępnym płci żeńskiej:) Ale, czy ja tak muszę gadać i gadać, w nieskończoność? Może po prostu zdjęcia pokażę?                     
                                        
   Niestety, zdjęcia robiłam wczoraj i one mi zwyczajnie nie iskrzyły. Dziś jestem bez aparatu, który "popłynął" na żagle po Wigrach i nie miałam czym ich poprawić. Choć nic nie odda rzeczywistej urody mego skarbu, jego zdjęcia znacznie lepszej jakości znajdują się tutaj. 
     Marzenko, dziękuję Ci. Podziwiam Twoje prace i stale zdumiewa mnie Twoja skromność:) Rosnę z dumy, że chciałaś wyróżnić mnie takim królewskim upominkiem. Obmyślam w związku z tym pewien plan. Niech jego pierwszym elementem będzie wyśpiewany pięknie w Piwnicy Pod Baranami mój ukochany wiersz B. Leśmiana (z uroczą zapowiedzią nieodżałowanego Piotra Skrzyneckiego) - specjalnie dla Ciebie:)
Zapraszam również wszystkich pozostałych Gości mego bloga, by rozsmakowali się w tym pięknym utworze:)

Pozdrawiam najcieplej, miłego dnia!

poniedziałek, 23 lipca 2012

A song for you

    Dziś mija pierwsza rocznica śmierci Amy Winehouse. Nie zauważyłam, by ktoś się specjalnie rozczulał nad tym medialnie.W mojej ulubionej Trójce chyba tylko egzaltowany red. P.S. wspomniał smutny 23. lipca 2011 r... 
    Tymczasem ja rozpamiętuję ten dzień z prawdziwą przykrością, ponieważ twórczość Amy ciągle ma dla mnie wartość szczególną. Mogę śmiało przyznać, że ta niepokorna dziewczyna, która była Muzyką  całą sobą, jest jedną z ważniejszych postaci mojej prywatnej mitologii. Pisałam już o tym tu
   Chciałabym przypomnieć Amy piosenką z jej płyty wydanej pośmiertnie. Ten utwór wyśpiewał kiedyś cudownie Ray Charles, ale kiedy słucham go w interpretacji Winehouse, za każdym razem zaliczam gęsią skórkę. Mili Państwo - A song for you:

wtorek, 10 lipca 2012

Maciek w świecie ciszy

   
Krótko, bo nadmiar słów nie jest konieczny. 
Postanowiłam podłączyć się do akcji, w której wzięło dotąd udział wielu moich blogowych znajomych. Rzecz polega na zaoferowaniu pomocy (w zakresie swoich możliwości) na rzecz głuchoniemego Maćka. Mama chłopca konsekwentnie organizuje dziecku terapię, niestety dość kosztowną. Jest bardzo budujące, że Maciek i jego Mama pozyskują wciąż nowych sojuszników, a leczenie chłopca przynosi wymierne efekty. Na stronie Maćka proszą oboje o coś, co nam jest tak skutecznie dane, że często tego nawet nie dostrzegamy:       Pomóżcie Maćkowi usłyszeć świat - świergot ptaków, padający deszcz, szum drzew... 
   Można wspomóc ich finansowo, można też inaczej: handmaderki na przykład oferują swoje wyroby na potrzeby loterii, z której zysk usprawni terapię Maćka. Zerknijcie tu - jakie wspaniałe dary trafiły na ten szczytny cel. Tak mnie to napędziło, że postanowiłam odłożyć na bok swoje kompleksy handmaderki niedokończonej i również ofiarować skromny drobiazg od siebie. Mam nadzieję, że się przyda:



Można też pomóc niematerialnie - choćby poprzez zamieszczenie na swoim blogu posta z informacją na ten temat. 
Warto pomagać :)
   Miłego dnia!

czwartek, 5 lipca 2012

Ekspresem przez czerwiec


  No dobrze. Wypisawszy większość zaległych komentarzy w odwiedzanych blogach, przystępuję do wypełnienia tej nieznośnej próżni, w której zawisł mój elektroniczny pamiętniczek. I tak oto, muszę przyznać, że czerwiec A.D. 2012 był dla mnie nad wyraz łaskawym.
    Po pierwsze dane mi było w miłej atmosferze spędzić kolejny Dzień Dziecka, do którego celebracji roszczę sobie wszelkie prawa.
    Po wtóre, załapałam się na miłą niespodziankę u Marzenki, ale o tem później. Marzenka kręci... obiekty marzeń kobiecych z drucika, kręci również wokół siebie bardzo miłą atmosferę, co jej wszyscy mają za dobre. Tutaj wystawia swoje piękne prace.
   Po czecie :) wygrałam candy u Agnieszki, co umie malować obrazy - ja strasznie to podziwiam, bo sama malować nijak nie potrafię. Agnieszka podarowała mi komplet biżuterii inspirowanej folklorem cieszyńskim. Dziękuję, Agnieszko! Tak upominek widzi mój aparacik:


    Po czwarte, mało nie pękłam ze śmiechu po informacji, że wygrałam kartę przedpłaconą Visa, z powodu loterii, w której brałam udział bez większego przekonania. Karta jest średnio wypasiona, ale na kilka drobnych przyjemności wystarczy:)



    Po kolejne, pozbyłam się brzemienia duszy mojej i cierpień z niego wynikających, ale uważam to za dobrą nauczkę, bo jak kto jest durny, to niechaj cierpi sobie (więcej zdradzić nie mogę). To jest ważna wiadomość, bo ja mam tak, że gdy już wpadam w smutek, to wydobywam się z niego jak z bezdennej studni - długo i bezskutecznie. Udało się raz kolejny.
   Po szóste, mam melancholię, gdyż kończę urlop, który jest ością niezgody między mną a społeczeństwem, a powiem, dalibóg, nie wróciłabym z niego wcale, gdyby się tylko dało... Taką mam satysfakcję z pracy zawodowej.... Tej melancholii towarzyszy zakłopotanie, bo plany urlopowe pozostały niezrealizowane, jednak summa summarum mam to w głębokich czeluściach i wiem, że każdy psycholog przyznałby mi rację.   
  Po siódme, stanęłam wobec konieczności zmiany stanowiska pracy. Myśl o nowych obowiązkach paraliżuje mnie już od kwietnia, ale prawdziwie będę trząść gaćmi pod koniec sierpnia. Zooooooooooooooooooobaczymy.
   Po ósme: dostałam blogowe wyróżnienia od dwóch przemiłych Dziewczyn: Bożenki, która jest przeciepłą twórczynią frywolitki - dla mnie nieodgadnionej tajemnicy oraz Wioli, przesympatycznej kronikarki swojej life story, uwielbiam czytać jej kolejne odsłony:) Dziękuję Wam, a sama wyróżniam wszystkie Blogerki, które zostawiły u mnie komentarze A.D. 2012. Częstujcie się, Kochane - wyróżnia Was Prządka:)

                                      

    Po dziewiąte: Wiola poprosiła mnie o odpowiedzi na 11 pytań. Oto pytania Wioli i moje odpowiedzi:
1. Pióro czy długopis? - klawiatura :)
2. Książka czy film? - ito, ito :)
3. Szarlotka czy sernik? - sernik, chyba, że szarlotka na gorąco z lodami :)
4. Szminka czy błyszczyk? - błyszczyk :)
5. Pizza czy spaghetti? - oh! Pizza!
6. Samochód czy rower? - ito, ito, w zależności od okoliczności:)
7. Thriller czy komedia? - Thriller!!!
8. Mozilla Firefox czy Internet Explorer? - Google Chrome:)
9. Goździki czy róże? - Róże...
10. Kartka urodzinowa czy życzenia sms'em? - Kartka!!!
11. Wakacje w Polsce czy za granicą? - za granicą :)
    Po dziesiąte, ja też przygotowałam pytania dla wszystkich, którzy są Obserwatorami mego blożka. Proszę, odpowiedzcie na nie, wkrótce Was skontroluję:). Oto one:
1. Blog czy Facebook?
2. Kwiaty czy drzewa?
3. Pablo Picasso czy Salvador Dali?
4. Kalarepka czy rzodkiewka?
5. Josh Hartnett czy Ashton Kutcher?
6. Jubiler czy handmaderka?
7. Zieleń czy beż?
8. Sukienka czy spodnie?
9. Parter czy siódme piętro?
10. Radio czy telewizja?
11. Książka czy audiobook?

   Na dziś będzie dość :) Chcę jeszcze tylko serdecznie podziękować wszystkim Blogerkom, które pukały do Przędzalni w czasie mojej długiej nieobecności. Ja podglądałam Was rzetelnie przez cały ten czas. Ściskam Was ciepło (choć w upały to może lepiej byłoby ściskać chłodno:) - Pisarki sumiennie, Rękodzielniczki uzdolnione, Dziewczyny uśmiechnięte!

poniedziałek, 28 maja 2012

Nieoczekiwany komunikat...

Mili Goście, 
jak widać, zapuściłam swego bloga. Nie dlatego, że mi zobojętniał, ale z powodu pewnej mozolnej roboty, która życie obrzydza i czas zajmuje. Ale przerywam na chwilkę milczenie, żeby zachęcić Was do odwiedzenia bloga Magdaleny - jest nie tylko interesujący, ale tyle w nim pięknych zdjęć rozmaitych pięknych obiektów... 

A ponadto, Magdalena przygotowała niespodziankę, o której można będzie śnić przez najbliższe dni. Tu znajdziecie szczegóły, a poniżej zdjęcie, które sprawi, że pofruniecie na bloga Make Believe, jak na skrzydłach:


Tak, to nie fatamorgana: ta zjawiskowa toaletka, wprost z barokowego pałacu;)
jest na wyciągnięcie ręki:)
Serdecznie zachęcam, serdecznie pozdrawiam Zaglądających!

czwartek, 26 kwietnia 2012

Jawne przez poufne :)))

     Na blogu Marzenki, która wykręcywuje ze srebrnego drucika coraz to cudniejsze ozdoby uszu, nadgarstków i szyjek, znalazłam dla siebie zaproszenie do zabawy, w której kobitki przyznają, co przemienia je z pięknych księżniczek w jeszcze piękniejsze księżniczki. Nie potrafię wprawdzie odgadnąć celu, który przyświecał pomysłodawcy tej zabawy, ale czy wszystko musi być zaraz bezwzględnie uzasadnione? Dlatego przystępuję do wypełnienia powierzonego mi zadania, tym bardziej, że pomoże to zapewne rozwiać zapachy rybne, unoszące się nad moim blogiem, za sprawą poprzedniego posta. 
    W ramach zabawy należy:
- napisać, kto zaprosił nas do udziału w niej (z adresem lub linkiem bloga osoby zapraszającej)
- wymienić 5 kosmetyków, bez których nie wychodzimy z domu (podaj nazwy producentów, możesz też zamieścić zdjęcia)
- zaprosić pięć kolejnych blogowiczek do zabawy.
    Pierwszy warunek spełniony wyżej, natomiast mój kosmetyczny arsenał tworzą:
- kremy pielęgnacyjne na dzień, na noc, pod oczy (jeśli chodzi o producentów, to stosuję płodozmian, tzn. naprzemiennie: AA Oceanic, Dax Cosmetics, Nivea, Vichy - jak mi się uda wygrzebać spod bożonarodzeniowej choinki jakąś zasobną kopertę:),
- podkład, fluid - od lat tylko i wyłącznie Astora,
- tusz do rzęs: Astor, czasem Maybelline,
- róż do policzków Bourjois,
- błyszczyk do ust Astor.
   Zestaw ograniczony do stosowania od szyi wzwyż - bo tak zrozumiałam polecenie:).
Tak wyglądam, po zastosowaniu:)))
Stąd wypożyczone:)
  Natomiast do zwierzeń na temat zawartości kosmetyczki zapraszam nienachalnie
Dziewczyny z blogów:

http://malowanyfarbamizycia.blogspot.com
http://kociafrania.blogspot.com
http://przyjemnezpozytecznym.blogspot.com
http://ffinezyjnie.blogspot.com
http://dudqa.blogspot.com

Pozdrawiam, słonecznego długaśnego (kto ma) weekendu!

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Z cyklu "Pewniaki": Ryba w sosie egzotycznym

     Zgodnie z ostatnią obiecanką, publikuję recepturę potrawy, którą przysposobiłam kilka lat temu i nie zamierzam się z nią rozstawać. Muszę tu podkreślić, że "za dzieciństwa" i w okresie tzw. pierwszej młodości, nawet nie spoglądałam w kierunku potraw rybnych, mimo nabytej z czasem świadomości, jak zdrowy jest to pokarm. Do dziś mam na ryby dłuuuugie zęby - jem tylko to, co zrobię sama, ewentualnie to, co przygotuje mój mężulek oraz moja Mamusia, bo oni oboje wiedzą, że ryba dla mnie nie może "jechać" rybą - i w zapachu, i w smaku - jeśli jasno się tłumaczę:)))))))))))
    I właśnie dlatego tak ukochałam rybę w sosie egzotycznym, bo spełnia moje warunki. Do jej przyrządzenia potrzebujemy:
1 kg filetów ryby morskiej (u mnie to mintaj, prod. Złota Rybka - Biedronka: mało glazury i nie bardzo "jedzie":)
3 jajka, 3 łyżki mąki pszennej, 3 łyżki mąki ziemniaczanej, 1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 duże marchewki, 6 ząbków czosnku
1 papryka, 1 puszka ananasów
1/2 l bulionu wołowego, 6 łyżek sosu sojowego, 5 łyżek octu winnego, 12 łyżeczek cukru, 3 łyżeczki curry, 1 łyżka mąki ziemniaczanej



Przygotowuję rybkę: płuczę ją i osuszam w papierowym ręczniku. Kroję na 5-7 cm kawałki.
Jajka, mąkę pszenną i ziemniaczaną z dodatkiem proszku do pieczenia miksuję w garnuszku tak, by uzyskać ciasto o konsystencji gęstej śmietany (można dolać odrobinę mleka, gdyby wyszło zbyt zwarte).
Następnie wrzucam partiami do tego ciasta  pokrojoną rybkę.








 Co dalej robię? Po prostu: utytłaną rybkę kładę na rozgrzany olej, na patelni. Podsmażam z obu stron.





Rybka powinna mieć kolor lekko rumiany, jeśli rumiany występuje w jakimkolwiek zestawie barw..
  Wygląda naprawdę apetycznie, ale to jeszcze nie powód, by rybkę zjeść przedwcześnie. Dlatego też, przygotowaną do dalszej obróbki odstawiam ją na chwilę i montuję pozostałe składniki. Czosnek przepuszczam przez praskę, a marchewkę katuję na tarce do warzyw z dużymi oczkami. Oboje oni lądują na patelni, gdzie duszę ich bezlitośnie pod przykrywką, na tłuszczu pozostałym po smażeniu ryb, ok. kwadransa.


    Gdy marchewka z czosnkiem zażywają duszenia, odsączam ananasa z puszki i kroję go na cząstki (takie ok. 2-3 cm). Paprykę także skrajam: na centymentrowe paseczki wszerz strąka.


     W przedostatniej fazie przygotowuję sos: w rondlu, w 1/2 l wody rozpuszczam kostkę wołową, do tego wlewam: sos sojowy, ocet winny, sok pozostały z ananasa i wsypuję cukier oraz curry. Wrzucam tam również uduszoną marchew z czosnkiem. Całe to towarzystwo gotuję przez ok. 10 min., na koniec wlewam do sosu zawiesinę z czubatej łyżki mąki ziemniaczanej rozpuszczonej w połowie szklanki wody. Sosik powinien mieć konsystencję rzadkiego kisielku.
    W naczyniu żaroodpornym układam warstwowo: rybkę, paprykę z ananasem, rybkę, paprykę z ananasem. To wszystko zalewam gorącym sosem i fruuuuu do piekarnika. Pichci się w nim potrawa pod przykryciem, w temp. ok. 180 stopni, przez ok. 60 min.


    Nie udało mi się wycykać fotek, kiedy gotowa do spożycia spoczywa na talerzyku, więc może nie prezentuje się zbyt seksownie :) w tym naczyniu żaroodpornym, ale smakuje wybornie i.... nie "jedzie rybą". Uwielbiam tę potrawę. Jak pisałam, jest świetna zarówno w wersji hot, jak cold. Może przepis sprawia wrażenie skomplikowanego, na pierwszy rzut oka, ale tak nie jest - ja w ogóle nie podejmuję się jakichkolwiek komplikacji w kuchni :) Polecam!

Dzięki za wizytę, pozdrowienia!!! 

czwartek, 12 kwietnia 2012

W kręgu kwietniowych spraw i sprawek

    Jak bardzo kapryśna bywa aura kwietniowa na polskim biegunie zimna, obrazują fotki popełnione w Wielki Piątek  i w Poniedziałek Wielkanocny. Taki widok wypstrykał się na dwa dni przed świętami:


     Poniedziałkowy krajobraz - ku nieopowiedzianej radości - zaprezentował się zgoła odmiennie. Wtopiłyśmy się w niego sprytnie, matka z córką, a i pierwsze wiosenne kwiecie uwiecznionym zostało, tudzież kur z wielkanocnej dekoracji:)






    


      A tak prezentuje się wczesnowiosenny plener suwalski i towarzystwo gromadnie nawiedzające działeczkę w okolicy malowniczej miejscowości Bakałarzewo. Na pierwszym planie Babka, Ciotka i Działki Właścicielka, hardo pod boki podparte, a na planie drugim piękne baziątko wierzby iwy:



    Na koniec dodam, że wielkanocne popuszczanie pasa rzadko wychodzi na zdrowie. Skurczony po wielotygodniowej diecie żołądek pozostaje nieczuły na uroki potraw pieczołowicie przygotowanych, a gwałtowne jego napychanie skutkuje niestrawnością. Ale jest też jasny punkt przedświątecznego głodzenia się: spadek wagi o jakieś 3-4 kilo i spadek poziomu cholesterolu aż o 90 jednostek. Jestem dumna z siebie.
    W ramach poświątecznych wspomnień, nabrałam chęci na opublikowanie przepisu na kolejnego pewniaka. Nie jest to potrawa tradycyjna, ale - lubię ją, jak niemal wszyscy, którym ją serwuję, kiedy podejmuję gości. Jest to ryba w sosie egzotycznym. Wygląda równie dobrze na stole wielkanocnym, jak bożonarodzeniowym i każdym innym. Smakuje znakomicie na gorąco i na zimno. Jedyny warunek zadowolenia jest taki, że trzeba lubić łączenie nietypowych dla siebie składników - a nie wszyscy kochają się w śledziu z marmoladą, choć nie jego chcę tu polecić:))) Jeśli dostanę sygnał, że Gości mego bloga zaintrygował wstęp do rybnego pewniaka, opublikuję recepturę w następnym poście.
Pozdrawiam najcieplej wszystkich wizytujących:)

piątek, 6 kwietnia 2012

....

   
   

   Wszystkim stałym Gościom mego bloga i wszystkim Przechodniom życzę, by nadchodzące święta Wielkiejnocy przyniosły Wam nie tylko wytchnienie od pracy, problemów, zmartwień, ale stały się źródłem czystej i budującej radości.  
    Niech w najbliższych dniach nie odstępuje Was uśmiech i pogoda ducha. Niech spotkania z rodziną i znajomymi wzmocnią więzi miłości i przyjaźni. Niech świąteczne potrawy pozwolą cieszyć się dobrobytem, który nie każdemu jest dany.
     Życzę też, by w wiecznym cyklu odradzania pojawiły się nowe marzenia - niech towarzyszy im nadzieja spełnienia, niech przybierze na sile optymizm, niech urosną siły do codziennych zmagań z przeciwnościami losu, a ten niech nie skąpi zdarzeń szczęśliwych i oczekiwanych z radością.
   Szczególnie ciepłe słowa kieruję do wszystkich, którzy zaglądają tu stale, cierpliwie znoszą moje gadulstwo, zostawiają ślady swoich odwiedzin. Przesyłam Wam, Kochane, dobrą energię, w nadziei, że pomoże spełnić się moim serdecznym życzeniom wielkanocnym.
     Gify wypożyczone z Magazynu gifów

wtorek, 3 kwietnia 2012

Przysmak niekoniecznie wielkanocny :)

   Kucharka ze mnie taka se, co nie znaczy, że posiłki są mi obojętne. Uwielbiam jeść, najlepiej smaczności jakieś. W domu gotuję na spółkę z mym mężusiem, który radzi sobie w kuchni całkiem, całkiem. Ja z kolei trzymam się zasady, by gotowanie było nieskomplikowane, krótkie, a efekt zadowalający podniebienie i - w miarę możliwości - sprzyjający zdrowiu. Mam w związku z tym kilka kulinarnych patentów, stosowanych od czasu do czasu, zawsze z dobrym skutkiem. Tzw. pewniaki. Część z nich praktykuję na okoliczność świąt. I tak, na przykład, przed świętami Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy przygotowuję ciasteczka-rogaliczki orzechowe lub migdałowe. Ponieważ ich montaż nie jest skomplikowany, a smakują naprawdę przednio, może przepis na nie zagości również w Waszych domach?






Oto receptura:
Składniki: 18 dkg mąki pszennej, 10 dkg masła, 5 dkg cukru pudru, 1 żółtko, 5 dkg zmielonych orzechów włoskich lub migdałów. Do posypki ok. 5 dkg cukru pudru wymieszanego z 1 opakowaniem cukru waniliowego.


Uwaga: Osobiście przygotowuję rogaliczki z podwójnej porcji podanych składników, bo pojedyncza wydziela przykry zapach... malizny :)


Przygotowanie: zmielone orzechy lub migdały połączyć z mąką, masłem (powinno być schłodzone), żółtkiem i cukrem pudrem. Ciasto początkowo opornie lepi się w jedną bryłę, ale nie należy się zrażać, bo wreszcie składniki połączą się. Schłodzić je przez godzinkę w lodówce. Następnie należy odkroić część i utoczyć z niej na stolnicy wałek grubości palca, potem pokroić go na odcinki ok. 2 cm. Z każdego takiego kawałka (zwykle zaganiam córunię do pomocy przy tej czynności) trzeba utoczyć w dłoniach wałeczek długości ok. 5-7 cm. Jego końce zawinąć lekko, by utworzył się rogalik. Ulepione rogaliki ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i fruuu - do piekarnika. Piec ok. 17-20 minut w temperaturze 180 stopni C. Gdy nabiorą jasnozłotego koloru, wyciągnąć je i oprószyć gorące posypką. Po przestygnięciu włożyć do blaszanego pudełka, zamknąć i schować w ustronne miejsce (przed szarańczą, jak ktoś ma - ja, mam:). 
    
   Najlepiej rogaliczki smakują po czterech, pięciu dniach - i to jest OK, ponieważ można je spokojnie przygotować dużo wcześniej, niż inne świąteczne rarytasy. Ale przede wszystkim są naprawdę, naprawdę pyszne. Piekę je tylko dwa razy do roku, więc wszyscy są dodatkowo zachwyceni.


   Jako łasuch, wyposzczony prawie dwumiesięczną dietką, nie mogę się doczekać momentu zatopienia kłów w miąższszszsz tych ciasteczek :)))))
    

Dzięki za wizytę, pozdrowienia!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...