poniedziałek, 31 października 2011

"Stone" w Dyskusyjnym Klubie Filmowym

     Jak to w Przędzalni Rozmaitości, plecie się to i owo. Dziś na krosno nawinęła mi się przędza filmowa, dlatego chciałabym polecić pewien godny uwagi obraz. Być może czytelnikom tego posta jest już znany, a tylko mnie jakoś się omsknął.... Jeśli tak, ciekawi mnie, czy podobał się Wam równie bardzo jak mnie :)
     Film został obejrzany w zaciszu domowym, nie w sali kinowej, ale moim zdaniem, tego typu filmy bronią się znakomicie w każdych warunkach, dlatego można się nimi delektować nawet bez specyficznego klimatu kina. Chodzi o Stone [bez polskiego tłumaczenia tego tytułu] w reżyserii Johna Currana.
   Polecam Stone'a, ponieważ jest to film o czymś. W związku z tym nie zapewnia ani relaksu, ani beztroskiej zabawy, za to wymaga pewnej koncentracji, skupienia. Lubię ten film również dlatego, że jego twórcy postanowili zaoszczędzić na fajerwerkach, efektach specjalnych, bajerach i rowerach, by móc wynająć dobrych aktorów. Toteż główne role wzięli na siebie Robert de Niro, Edward Norton, Milla Javovich, Frances Conroy. Perfekcyjne aktorstwo wynosi ten film wysoko, wysoko....
Filmweb
   Robert de Niro (mimo kilku niewątpliwych niewypałów aktorskich - ja nie znoszę go w komediach) potwierdza swoją wielką klasę. Edwarda Nortona nie znam z ról słabych - tu również zagrał świetnie.
     Milla Javovich po raz kolejny przekonała mnie, że jest znacznie lepszą aktorką niż modelką. O ile pierwszą trójkę znają pewnie wszyscy, o tyle Frances Conroy prawdopodobnie kojarzona jest słabiej, ale zapewniam, że sprawiła się ona nie gorzej od pozostałych.
   Film jest mocny. Mam tu na myśli nie tylko wybrane sceny, czy też słowa, które padają. Mocny jest jako całość, bo w jakimś sensie odwraca tradycyjnie rozumiane role, bo wpuszcza pewien ferment w nasze utarte szlaki myślowe. Nie żeby tam zaraz jakąś Amerykę odkrywał! Ale przecież skłania do namysłu i naprawdę trudno o nim natychmiast  zapomnieć. No i ma się po emisji pewien dyskomfort, bo każda z poznanych postaci wywołuje w Tobie coś w rodzaju zrozumienia dla jej zachowań. Nie czujesz potrzeby oceniania nikogo.
About.com. Hollywood Moovies
     Szczególnie zainteresowały mnie słowa pochodzące z dwóch scen. Są jakby przewodnikiem po zachowaniach postaci. Szło jakoś tak: 
      Gdy doznajesz duchowej prawdy, najpierw dociera ona do ciebie w postaci dźwięku, który cię przenika, zmienia twoje wibracje. Jeśli na to pozwolisz otrzymujesz światło, iluminację.
About.com. Hollywood Moovies
  Piszą, że to się zaczyna od drobnych dźwięków, jak wibracja lamp, albo pszczoła, albo płynąca woda. Zmienia nas to zupełnie. Przywraca harmonię, zmienia w Boży kamerton. 
 To nie jest żadna religia. Wszystkiego trzeba nauczyć się samemu. Nauczyć się lepiej słyszeć, słyszeć Boga przemawiającego do Ciebie dźwiękami. (...)
 Piszą też, że trzeba stale wracać i prostować życie wielu ludziom, aż się wszystko wyczyści. Podobno wszystko, co nas spotyka, miało nas spotkać od początku, ale i tak trzeba wiele razy zawracać, przejść cykl wielu istnień.
 Czy wiesz, że pochodzisz od kamienia? Reinkarnacja przeniosła twoją duszę z minerału w rybę, ptaka, w inne zwierzęta. Trzeba wywalczyć sobie drogę do człowieczeństwa. Wiesz, co robi dusza? Spłaca długi, grzechy ze swych wcześniejszych istnień. Zmniejsza swe brzemię w kazdym życiu. 
A ja myślę, że dostajemy jedno życie i musimy dbać, żeby było dobre, a jeśli nie jest, płacimy za to po śmierci.
   Pomieszałam tu kilka wywodów, ale i tak w każdym z nich kryje się jakaś fajna myśl. Rzecz jasna, słowa bez obrazu w filmie niewiele znaczą, a czasem znaczą na opak. Dlatego po prostu Stone'a polecam :)

niedziela, 9 października 2011

Candy - wyniki zabawy :)

     Jest już późno, piszę bzdury, kot zapędził mysz do dziury - śpiewała kiedyś pewna pani, której na dłużej utrwaliła się skłonność do wyplatania bzdur. Co do mnie, mam nadzieję, że mimo późnej pory i nieplanowanego całodziennego zajęcia, zdołam do północy wydrukować Wasze zgłoszenia, zmusić sierotkę do wylosowania trójki szczęśliwców, obcykać to wszystko fotoaparatem i wystawić na blogu - słowo się rzekło, kobyłka u płotu :)
     Najpierw jednak podziękowania dla wszystkich osób, które do mnie zaglądnęły i przyłączyły się do zabawy. Starałam się do każdej z Was odezwać, popatrzeć na Wasze blogi i prezentowaną tam twórczość, przemyślenia, wypowiedzi na różne tematy. Było bardzo fajnie. Każdej z osób, które przyłączyły się do grona moich obserwatorów zrewanżowałam się tym samym (jeśli nie zrobiłam tego w odniesieniu do troszkę spóźnionych Gości, na pewno  poprawię się w najbliższych dniach). 
     Wasze zgłoszenia miałam przyjmować do ostatnich minut minionej soboty, ale skoro stawka ma mniejszą wartość, niż ostatnia kumulacja w Lotto, postanowiłam włączyć wszystkich, którzy zgłosili się do momentu losowania.
     Komentarzy było chyba z siedemdziesiąt (wyłączając moje własne :). Powinno ich być trochę więcej - ponieważ część uczestniczek w jednym komentarzu łączyła informację o banerku na własnym blogu z informacją o obserwowaniu - ale to zapewne skutek nie dość jasno sprecyzowanych zasad. Poprawię to - po prostu zabrakło mi doświadczenia, które już posiadłam.
     By nie robić dodatkowego zamieszania i nie tracić czasu, przystępujemy do działania, które przebiega bez zakłóceń. Widzimy proces drukowania zgłoszeń, które trafiają do pierwszej maszyny losującej, starej lampy naftowej, ale potem, na skutek protestów z powodu ciasnoty tejże, zgłoszenia lądują w bardziej pojemnym szklanym półmisku:



     Obserwujemy sprawny ciąg dalszy.  widać wyraźnie, że nikt nie jest nietrzeźwy, nikt się nie awanturuje, nikt nie podkłada podejrzanych pakunków. Zamaskowana dla wszelkiego bezpieczeństwa dłoń Sierotki Losującej przystępuje chwacko do decydującej fazy :



    I oto zwycięzcy zostali wyłonieni. Uffff! Wielkie emocje i wielka niespodzianka. Poniższe zdjęcie rozwiewa wszelkie wątpliwości:


     Serdecznie gratuluję Puchilince, Trilli, Sharon! Bardzo proszę o przesłanie drogą mailową Waszych adresów. Kiedy już do mnie dotrą, wyślę Wasze wygrane, o czym poinformuję. Ponieważ nie będzie mnie w domu od poniedziałku do środy włącznie, najwcześniej bransoletki pojadą do Was w czwartek.
       Wszystkim pozostałym Paniom jeszcze raz dziękuję. Ponieważ miło mnie zaskoczyło zainteresowanie moją skromną zabawą, zapowiadam następne Candy: na drugą połowę listopada. Wiem już, co zechcę sprezentować, ale nie powiem nikomu. Zaglądnijcie i przekonajcie się same:)
          Ciepło, ciepło pozdrawiam!!!
     
      

sobota, 8 października 2011

Ojejku!

   Zostałam dziś skutecznie zaskoczona przez pewnego zajączka. I choć Wielkanoc dawno minęła, okazuje się, że zajączki nie próżnują nawet jesienią. Ów zajączek powiadomił mnie mianowicie, że mój blog znalazł się wśród tych, które on chciałby wyróżnić. Oto emblemat świadczący o tym, że mam u zajączka przody:)
   
   Jako debiutująca biżuteryjka i miłośniczka craftów wszelakich, bardzo się ucieszyłam tym zajączkowym wyróżnieniem. Ponieważ jednak wynika z niego pewien zakres obowiązków, przystępuję do realizacji. Pierwszym kluczowym zadaniem jest napisać autocharakterystykę :))) w siedmiu punktach. Zatem:

1. Jestem zodiakalnym bliźniakiem, który z trudem oderwał się od zodiakalnego byka, więc moje dwie natury (przeciwieństwa wszelakie) zaciekle walczą między sobą o dominację,
2. Jestem przekonaną (i trochę opóźnioną w rozwoju, ale ostro nadrabiam) odkrywczynią piękna świata,
3. Spośród wszystkich abstrakcji najbardziej kocham MUZYKĘ,
4. Uwielbiam jeść - faworyzuję zupy, potrawy z warzyw, słodycze,
5. Jestem miłośniczką inteligentnych thrillerów, nie lubię horrorów i romansów, nie cierpię telenowel - choć nigdy żadnej nie widziałam,
6. Od roku jestem uzależniona od blogowania - spędzam na cudzych blogach większość czasu przeznaczonego dziennie na kompa,
7. Moim największym marzeniem, z kategorii dotyczących mnie i tylko mnie, jest znaleźć skuteczną metodę rozciągania doby do 28 godzin.

    Kolejnym obowiązkiem osoby uhonorowanej One Lovely Blog Award jest wyróżnić szesnastkę innych blogerów. Zamierzam w związku z tym poprosić o przyjęcie wyróżnienia te oto utalentowane i interesujące Panie (kolejność jest oczywiście przypadkowa):
 1. Dorotę
 3. Dorotę
 4. Ewę
 5. Trilli
 7. Aśko
12. Romę
15. Annę

    Chciałabym wyjaśnić, że wyróżnione blogerki to przede wszystkim (choć nie wyłącznie) osoby, które ostatnio nawiązały kontakt ze mną - czyniąc mi tym wielką przyjemność. Wybierałam blogerki, moim zdaniem,  najbardziej kreatywne, interesujące, serdeczne. Przepraszam, jeśli spośród wyróżnionych znalazły się osoby, które niekoniecznie tego oczekiwały - jeśli jakoś przeoczyłam Waszą prośbę o pominięcie, przepraszam :)
   Serdecznie proszę Wyróżnionych o umieszczenie na blogu posta, w którym wskażecie:
- kto Was wyróżnił,
- 7 cech własnych, które chciałybyście upublicznić,
-16 wyróżnionych przez Was blogów wraz z linkami (należy poinformować o tym wyróżnione osoby w komentarzach do ich ostatnio opublikowanych postów)
- "wyróżnieniowy" obrazek - emblemat One Lovely Blog Award
Ufff! Zdążyłam przed północą, czego i Wam życzę!

środa, 5 października 2011

Kolejne lato minęło bezpowrotnie, a żal...

     Najpierw wspomnę nieśmiało, że moje pierwsze candy nadal trwa. Wiem, że jest skromne, jednak tak właśnie bywa z początkami, ale potem.... jak wezmę, jak się przepoczwarzę w motyla - znaczy w biżuteryjkę kreatywną - jak wystawię następny poczęstunek, to wszyscy padną z wrażenia niczym rażeni gromem. Taaa.

     Nowym Gościom na moim blogu wyjaśnię, że mogą dopisywać komentarze pod poprzednim postem do północy najbliższej soboty. W niedzielę przespaceruję się po blogach komentujących, choć połowę z nich już z wielką przyjemnością przeglądałam (Kochane, jakie Wy zdolne jesteście, jak fajnie upływa Wasza codzienność, ile w Was ciepła i dobrej energii!!!), następnie dokonam losowania. W poniedziałek ogłoszę wyniki. Zapraszam!
     A teraz motyw tytułowy. Tak, wiem że lato minęło dwa tygodnie temu. Nie przespałam tej chwili. Moje opóźnienie wynika raczej z podświadomego oporu przed przyjęciem do wiadomości, że jesień rozgościła się na dobre. Na szczęście jest piękna - nie ponura, zapłakana, oziębła, ale właśnie słoneczna, przytulna, kolorowa - jeśli ktoś zna piękniejsze żółcie, brązy i czerwienie, niż te na gałęziach klonów jesienią, to niech mi je wskaże :)
     Ale lata żal i tak. To pora roku, w której średnia statystyczna smutków - i tych jednostkowych, i tych zbiorowych - jest z pewnością najniższa. Stąd nasza miłość do lata. Cóż, zasada przemienności jest jednak nieubłagana - ale może to i dobrze, bo dzięki niej minie jesień i zima, a w perspektywie pojawi się wiosna i lato: itd., itp., etc. :)
    Tegoroczne lato pożegnaliśmy with my lovely hubby :) objeżdżając najbliższą okolicę, przy użyciu napędu nożno-rowerowego. Było tak: 
    Opuściliśmy Suwałki od strony Sejn i skierowaliśmy się na Małą Hutę, piękną wioseczkę, której urok został dostatecznie doceniony przez co zamożniejszych suwalczan, osiedlonych tam w bardziej i mniej pięknych domeczkach, wzdłuż centralnej jednopasmówki. Następnie wjechaliśmy na tereny Wigierskiego Parku Narodowego, gdzie z przykrością dostrzegliśmy wyraźnie nasiloną wycinkę drzew - Park sobie, a życie sobie. Zatrzymaliśmy się nad rzeką Kamionką, a potem nad jeziorem Krzywym:


     Następnie trafiliśmy nad śliczny, wypełniony lodowatą wodą sucharek, takie oczko leśne. Tutaj także uwieczniliśmy piękno okolicy i siebie wzajemnie (niekoniecznie w związku z pięknem :)


   Po przepedałowaniu około 12 km, uznaliśmy że warto się pokrzepić. Okazja nadarzyła się szybko, gdyż na trasie naszego wypadu znalazła się karczma Gościniec w miejscowości Krzywe, na trasie Suwałki-Sejny. Ceniąc walory zdrowotne soków owocowych i warzywnych marzyliśmy o szklaneczce pomidorowego lub porzeczkowego. Ale dzie ta! Skłaniające się ku tradycji menu Gościńca nie przewidywało takich fanaberii - oferując Colę, Fantę, Sprite'a itp. tradycyjne napoje Suwalszczyzny. Cóż było czynić? Pani podała nam po małym kufelku piwa - a my ceniąc jego walory, szybko zapomnieliśmy o soczystym zawodzie i daliśmy upust dobremu nastrojowi:


   Kilka dni później my lovely hubby :) postanowił uwiecznić mijające lato 2011 w okolicach Wigier:


   I tak oto lato odeszło. Może na grzywach tych koni w Gawrych Rudzie?:


   A może na płatkach tego słonecznika lub na skrzydłach motyla, który pozował do zdjęcia pod oknami naszego mieszkania?

    Jak podoba się Wam to zdjęcie? Uważam, że jest piękne (nie zostało poddane żadnej obróbce - a obiekty wyglądają niemal jak namalowane).
    Dedykuję je wszystkim miłym Gościom mojego bloga :)
    No i milusi akcent na koniec, nie mogłam sobie darować:


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...