wtorek, 30 sierpnia 2011

Fashion, fashion, fashion...

     Jutro dobiegają końca wakacje i poza tym, że powoli dogasa również lato, ten fakt po raz pierwszy od stu lat nie budzi mego przygnębienia. Rozkłady materiału nauczania? plany, harmonogramy? dzienniki, podręczniki? lekturki, mundurki? klasówki, skuwki? ewaluacje, hospitacje?????
O nie, dziękuję! 
    
Może za dwanaście miesięcy! 


       W takim razie o czym by tu, na okoliczność końca wakacji? Może tak .... Fashion?


Z Grafiterii
    Cóż tu kryć.... Jak (prawie) każda kobieta, lubię łaszki. Jasne jest, że łaszki zaprzątają głowy kobiet głównie młodych. Te jednak przywiązane są do ciuchów w sposób, powiedziałabym, zwykle pozbawiony głębszej refleksji - ot, bezmyślnie, jak sroki.  Te starsze natomiast doczepiają do ciuchów nieco przeinaczoną  ideologię, głoszącą, że człowieka szata jednakowoż zdobi. Niestety, przyznaję temu słuszność - zdobi, zdobi, zwłaszcza z upływem czasu. Ponieważ nie należę już do stowarzyszenia (a żal!) kobiet porównywanych do srok, mam do łaszków stosunek spokojniejszy. To wynika również z wyuczonego w dzieciństwie  (zamierzchła epoka socjalizmu) mechanizmem godzenia się na 1 parę portek, 2 bluzki, 1 sweter raz do roku i na 1 kurtkę zimową na trzy sezony.
    Taaa.... Na szczęście (albo nieszczęście, jak kto lubi), w warunkach wolnego rynku wszystko się uwolniło - tekstylia też. Efekt przerósł najśmielsze oczekiwania. Sklepy z konfekcją najpierw  zapełniły się wyrobami krajowymi. Następnie, gdy polskie zagłębia odzieżowe drgały konwulsyjnie w wyniku genialnych zabiegów restrukturyzacyjnych, w efekcie czego  oddały ducha, niepostrzeżenie wyrosły nam piękne centra handlowe, a w nich zakwitły sieciówki ze swą olśniewającą ofertą.

Z Grafiterii
    Wreszcie mogły spełniać się marzenia o spodniach z Orsay'a, o płaszczu z Zary, o nowalijkach z H&M.... A te cudowne przeceny posezonowe! Po prostu rozkosz (ubogiej) modnisi! 
      Ale z poczuciem satysfakcji jest niestety tak, jak w tekście piosenki o króliczku: nie na tym polega szczęście, by dopaść króliczka, ale - by gonić go! Prawdę tę w całej rozciągłości odczuwam więc boleśnie. Nie cieszą mnie już wędrówki po sklepach w okresie "Sale - 70 %". Z uczuciem zawodu i niesmaku dostrzegam kątem oka na innych amatorkach eleganckiego wyglądu podobne do moich spódniczki, wdzianka i sandałki, zdobyte w trakcie wietrzenia sieciowych magazynów. Zasępiam się, gdy otwieram szafę zapchaną po sufit (trudno usuwalny, a wyniesiony z  minionej epoki, obyczaj chomikowania), bo choćby rozdawali za darmo Versace, to i tak nie da się już nic upchnąć. 
     A może by tak zmienić zasady gry? Zamiast zachłanności - umiar. Zamiast ilości - jakość. Zamiast banału - styl. Warto rozważyć.... Na dobry początek propozycja wyłowiona w Sieci, rzecz jasna. Trochę przypadkiem, w poszukiwaniu dla krawcowej wzoru sukienki na lato. Zachwycił mnie jej kolor i fason. Voila:

ANTHROPOLOGIE






 Kolor brzoskwiniowy, zwiewna tkanina, interesujące półokrągłe cięcia, marszczenia. Prawdziwie letnia ballada :)


                                                                                        

ANTHROPOLOGIE












   Ciekawe rozwiązanie tyłu - mocno wycięte ramiona, marszczony dół karczku. W odróżnieniu od przodu, proste cięcia elementów spódnicy.
   

   Modelka wygląda w tej sukience przepięknie. Nie dość, że nie musi zabiegać, by szata ją zdobiła (tu jest akurat odwrotnie), to jeszcze stylista dopełnił całości cudownym dodatkiem, w postaci okręconego swobodnie wokół szyi szala. Brązowe sandałki na stopach są niemal niewidoczne spod długiej sukni. 

ANTHROPOLOGIE
     Ta sukienka (jest obecnie w wyprzedaży posezonowej - a jednak nie sposób ustrzec się sale'ów do końca :) sprawiła, że często z rozmarzeniem zaglądam do sklepu ANTHROPOLOGIE.  Polecam, a u mnie niebawem coś stylowego na złotą polską jesień.

                                                     P.S. Gify wypożyczone z Magazynu Gifów -




wtorek, 9 sierpnia 2011

Amy Jade Winehouse: I told you, I was trouble...

     Potrzeba mi było trochę czasu, by się otrząsnąć z głębokiego niżu, wywołanego odejściem Amy Winehouse, zakręconej dziewczyny, wzbudzającej nieustanne zainteresowanie masmediów, ukochanej przez paparazzi (zwłaszcza tych podłego sortu), brytyjskiej wokalistki obdarzonej wyjątkowym talentem muzycznym, ale też utracjuszki z niebywałą zdolnością wywoływania wokół siebie absolutnie skrajnych emocji i temperatur.
   W dniu, kiedy Amy zasiliła szeregi chórów niebiańskich, zastępy jej zajadłych przeciwników, rozmaitych stróżów moralności, nieproszonych recenzentów jej życia osobistego przerzedziły się, a oni sami stracili sporo rezonu. Z drugiej strony urosły w siłę rzesze jej wielbicieli, nagłych odkrywców jej talentu, neofitów rodzącej się właśnie legendy. Prawidłowość ta, zawsze niestety, wynika z paragrafu nagłej śmierci osoby młodej i powszechnie znanej. We mnie osobiście odejście Amy wywołało potrzebę głębszej refleksji nad jej twórczością i skróconą wędrówką przez życie. Uzmysławiam sobie dzięki temu, jak niezwykłym zjawiskiem była - z tym swoim śpiewaniem, które powinno dać jej szczęście i spełnienie, a przyniosło cierpienie i nagłą śmierć, okrytą mnożącymi się domysłami. 
    Właśnie. Może nazbyt wypełnia mnie żal po tej przedwczesnej śmierci i stąd takie odniesienie, ale dziś, w kilkanaście dni po odejściu Amy, szczególnie natrętnie dopominają się ode mnie przywołania - odkurzane z rzadka w szkole - postaci z klasycznych tragedii greckich. Wszystkie one miały specyficzną cechę, którą na język współczesnych znaczeń skutecznie przełożył kiedyś Piotr Bukartyk w znakomitej piosence o Małgosze, która opuściła dom - niektórzy chyba rodzą się przegrani
     Dlaczego niektórzy rodzą się przegrani? Po prostu. A gdyby jednak nie tak całkiem po prostu? Stuk, puk: oto kolejne natręctwo myślowe - pojęcie fatum: złego losu niosącego perspektywę upadku, zguby, klęski, katastrofy. Może mi ktoś zarzucać patos. Nie szkodzi. Teoria fatum jak ulał pasuje do dziewczyny, która dostaje od losu wielki, wielki skarb i niewiele siły, by ten dar udźwignąć. W pojedynkę, bo wygląda na to, że Amy przyszło się samej zmagać z tym, co ją zwyczajnie przerosło.
   Gdy przerzucam strzępy wspomnień o trudnym charakterze Amy - o jej uporze, niezależności, skłonności do agresji, myślę sobie, że to właśnie ta czupurna natura sprawiła, że swe muzyczne zamierzenia zaczęła realizować w wieku, w którym jej rówieśniczki gubiły mleczaki i z przejęciem przebierały Barbie w nowe kiecki. Z drugiej strony, zakręcony temperament musiał obrócić się z czasem przeciwko niej samej. Bo oprócz tak potrzebnej determinacji, skrywał zapewne niską samoocenę, kruchość, wrażliwość. Jakże mizerną wartość ma taka fasada w ogóle, a  o ileż nędzniej chroni przed oczyma świata tych, którzy stoją w świetle niegasnących reflektorów!
     A reflektory wraz z tłuszczą, dla której świecą przede wszystkim, skupiły się nie na tym, co je niegdyś zapaliło, ale na tym, co zawsze jest uciechą hien, karmiących się cudzą słabością, potknięciem, porażką. Jakże musi smakować satysfakcja z upadku kogoś, kto nie jest jak większość z nas - zwykłym zjadaczem chleba? Pewnie bardzo. Dlatego coraz szybciej wymykające się spod kontroli życie osobiste Winehouse, znacznie bardziej interesowało jej obserwatorów, niż czynnik, który to zainteresowanie wywołał. Można było swą znajomość jej twórczości ograniczyć do kawałka, dwóch, (lub w ogóle), ale z jakąż uciechą (bądź oburzeniem) oglądało się foty Amy z ostatnich lat jej życia - pijanej, zaćpanej, wyniszczonej, patrzącej nieprzytomnym wzrokiem, śpiącej w podejrzanych kątach. Taki jej wizerunek musiał również skutecznie zniechęcać do niej część zniesmaczonych przedstawicieli sfer medialnych - pewnie dlatego niektórzy z polskich dziennikarzy muzycznych, w dzień po śmierci Amy, nawet się nie zająknęli w sprawie tego faktu, z właściwą sobie flegmą zapodając słuchaczom muzyczne chały bezbarwnych, ale za to względnie dobrze prowadzących się wykonawców, których nagrania powyciągano z zakurzonych archiwów. No tak, lepiej nie zabierać głosu w sprawie niegrzecznych dziewczynek, przysparzających kłopoty:



    Zgodzą się ze mną pasjonaci muzyki, zainteresowani życiem i twórczością swych ulubieńców, poszukujący informacji o nich, przeglądający rozmaite źródła, że nie ma drugiej takiej wśród współcześnie śpiewających kobiet, której wizerunek medialny kreowano by tak konsekwentnie jednoznacznie, jak obraz Winehouse. Zwłaszcza w internecie (ten to dopiero uczynił ze świata globalną wioskę!). Przypuszczam, że żadna z wokalistek nie miała na koncie - jak Amy - tylu odpychających, odrażających ujęć na zdjęciach. Prezentowano je nad wyraz chętnie, z dużą częstotliwością. Paparazzi uwielbiali uwieczniać Winehouse w momentach jej srogich upadków: niedomytą, z petem w ustach, z twarzą wykrzywioną upojeniem alkoholowym, z niekompletnym uzębieniem, itp., itd., etc. Mam nawet wrażenie, że większość tych zdjęć Amy robiona była przy użyciu takich technik i sposobików, by spotęgować efekt karykatury, by skutecznie ją ośmieszyć, dobitnie pokazać, jak beznadziejnie wygląda, jaka jest brzydka, z tą celowo skróconą sylwetką i wydłużoną twarzyczką. To tak, jakby ten nietęgi wygląd miał zadośćuczynić wszystkim, których tłumiła, przytłaczała wielkość jej talentu. (Oglądanie siebie samej w takiej wersji pewnie było dla Amy bardzo budujące i pomagało w łapaniu równowagi życiowej!). Niesłychane, że dopiero śmierć Winehouse wyparła z pierwszych stron portali internetowych ten nędzny wizerunek, na rzecz zdjęć ukazujących atrakcyjną dziewczynę z niebanalną urodą, choćby takich:


    Rozmyślając nad Amy Winehouse przypominam sobie inną, jednocześnie tragiczną i wybitną postać z branży  - Billie Holiday. Odkrywam, jak wiele wspólnego miały ze sobą, mimo czasowego oddalenia: niepowtarzalny głos, śpiew - taki wprost z duszy, wybitny indywidualizm muzyczny, skandale obyczajowe, życie osobiste, którego ciężar łagodzić miały narkotyki i alkohol, przedwczesna śmierć z wielką stratą dla sztuki.
     Cóż, kiedy w wieku 44 lat odchodziła Lady Day, nie dane mi było odczuć smutku tego faktu, choć dobrze pamiętam wzruszenie towarzyszące mi w trakcie emisji biograficznego dokumentu o Billie. Natomiast śmierć Amy Winehouse napełniła mnie żalem, którego ciężar stale odczuwam, kiedy wracam do niej myślami. Pozostały dwa albumy, kilka singli, cisza, zamiast kolejnych nagrań i popiół po kimś, kto zatracał się rozpaczliwie na oczach całego świata - obojętnego, rozpędzonego, zachłannego. Jest hipokryzją mówić, że Amy wykończyły narkotyki, alkohol i wrodzone skłonności autodestrukcyjne. Tak naprawdę stała się ofiarą ciśnienia i zachłanności branży, ofiarą niekończących się medialnych niegodziwości wobec niej, ofiarą niefrasobliwości swoich bliskich i wreszcie ofiarą sprytu gromady mniejszych i większych drani, kręcących się wokół niej. Było komu spijać słodki nektar z jej sławy, zabrakło przyjaźni i miłości, gdy zacieśniał się tragiczny pierścień.
   Mój żal o tę śmierć, której nikt nie zapobiegł, potęguje przekonanie o zjawiskowości Winehouse jako wokalistki. Ewenement wynika stąd, że miała ona pewną - bardzo rzadko spotykaną - właściwość, która sprawiała (i sprawia nadal), że można było o Amy kompletnie nic nie wiedzieć, ale wystarczyło słuchać jak śpiewa, by mieć pewność, że zna się ją znakomicie. Piszę tego posta, nie mając rzetelnej wiedzy o jego bohaterce. Na czym opieram swoje opinie? Nie na kilkunastu strzępach internetowych lub prasowych doniesień, ale na znajomości dwóch krążków: Frank oraz Back to Black. I nie chodzi tu bynajmniej o warstwę tekstową, ale o brzmienie kompozycji i sposób ich aranżacji, i o ten GŁOS, w którym słychać zarówno bezbronność, delikatność, przejmujący liryzm, jak też wielką siłę, moc, niezależność, drapieżność. (Ciekawe, że często jedno blisko drugiego). Kto tego nie słyszy, jest zwyczajnie głuchy. Można nie przepadać za gatunkiem czy stylem, który dominował w twórczości Amy Winhouse, można się oburzać na jej życie pozamuzyczne - nie sposób nie uznawać jej za artystkę wyjątkową i.... proroczą:


     Cóż przed postawieniem ostatniej kropki? Po prostu: rest in peace, Amy!


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...