poniedziałek, 18 lipca 2011

Wszystko, co mnie się nie podoba, a innym owszem, tak.

     O Mateuszu Kościukiewiczu słyszałam wcześniej, niż mogłam go zobaczyć. Pamiętam jakąś rozmowę z nim (a może o nim?) w Trójkowo Filmowo, potem dobiegły mnie strzępy komentarzy na temat nagrody za pierwszą ważną rolę, słyszałam chyba również fragmenty spiczu, jaki w związku z tym wygłosił... Wyzwolił we mnie ciekawość, bo i nagroda prestiżowa, no i te pochwały, te wizje nietuzinkowego talentu, przypisywana charyzma. Migające w Internecie fotki ukazywały interesującą fizys młodego człowieka, a twórcy internetowych newsów donosili o jakiejś rozróbie inicjacyjnej wśród studentów krakowskiej szkoły filmowej z udziałem Mateusza i rozpisywali się na temat jego romansu ze starszą reżyserką (straszny mi skandal! Po prostu skandal nad skandale!). No i przyszła kolej na osobistą konfrontację, w sensie widz-aktor, rzecz jasna. 
     Najpierw było Wszystko, co kocham, potem konfrontowałam się poprzez jakiś (a w zasadzie nad wyraz cenny, bo udzielany drugi raz w ostatnim pięcioleciu) wywiad aktora dla pisma „Pani”. Na koniec popatrzyłam sobie na film Matka Teresa od kotów.



    Hmmm..... Cóż powiedzieć? Przede wszystkim chyba to, że - jakie czasy, taka charyzma, aktorstwo, talent i przystojność (choć przy tym ostatnim trochę się waham).
     Zacznijmy od Wszystko, co kocham. Myślę, że można byłoby podsumować obraz krótkim komentarzem, posiłkując się tytułem znanego (lub niekoniecznie:) dramatu: wiele (wiele) hałasu o nic!
    Zasiadałam do oglądania tego filmu trochę przygotowana: znałam zarys fabuły, tematykę. Byłam go też bardzo ciekawa, ale – biorąc pod uwagę pozytywny rozgłos wokół WCK i opinie ludzi, którzy obcują z filmem na płaszczyźnie zawodowej, a których wiedzę i kompetencje cenię – bardzo się zawiodłam.   
   Może troszkę wprowadzę. Najogólniej rzecz biorąc - dzieło odnosi się do peerelowskiej rzeczywistości początku lat 80. Pokazuje zwiastuny zmierzchu ówczesnej formacji ustrojowej i nieuchronność istotnych zmian. Pozwala też obserwować, jak rodzi się bunt wobec socjalistycznych idiotyzmów dławiących codzienne życie, radość i marzenia młodych ludzi, którzy wypowiadają się i kontestują absurd wokół siebie poprzez muzykę punkową. Taki jest mój domysł ważniejszych elementów przesłania tego filmu. Niby w porządku, ale myślę sobie, że z dzisiejszej perspektywy, w związku z upływem czasu, także w związku z dotychczasową eksploatacją motywów peerelowskich, robienie filmów tego typu jest naprawdę ryzykowne. Właśnie dlatego udaje się to skutecznie tylko nielicznym i jedynie oni tworzą... sztukę – by przywołać tu choćby twórców Rewersu lub Domu złego.
     Jaki błąd popełnili twórcy WCK? Pierwsze pretensje kieruję do scenarzysty (Jacek Borcuch), bo scenariusz oceniam jako cienki, banalny, niezdarny. Ci, którzy jak ja pamiętają czas historyczny fabuły - zapewne zasiedli do oglądania obrazu z ciekawością. Niestety, pozostała ona niezaspokojona, a snująca się opowieść nie niosła potrzeby żadnej głębszej refleksji, żadnego nowego spostrzeżenia, żadnego zadowolenia z tego powrotu do przeszłości. Pytam: co powinnam odczuć po przejściu przez tę historię, jako widz? Doznać wzruszenia? zaskoczenia? gniewu wobec minionej epoki? odkryć coś? co?
     Z opcji wyżej wymienionych, przyznaję się do umiarkowanego wzruszenia, które wywołała u mnie scenografia (i kostiumy) – w mojej opinii jasny punkt tego dzieła – staranna, wierna, umożliwiająca podróż wstecz:. Wygląd uliczek, podwórek, peerelowskie bloki, wnętrza mieszkalne, umeblowanie, wnętrza instytucji, ciuchy - bez zarzutu. Niestety, poza tym, rzecz cała robiła na mnie wrażenie opowieści wymuszonej i z pretensjami. Nie odpowiadał mi klimat filmu, co wynika z  zanurzenia tej banalnej opowieści w sosie cokolwiek patriotycznym (z pozorami umiaru, rzecz jasna). Już czołówka - flagi narodowe, transparenty z logo Solidarności, dokumentalne migawki z protestów ulicznych - sugerują, że będzie szło o historię przez duże H pisaną.Tylko, że temu dużemu "H" nogi się jakoś rozjechały na boki.
   Kolejny zawód wynika z gry aktorów najmłodszej generacji - tak w mediach wychwalanych, wyklaskanych. Cóż, gdyby nie przydawać medialnie temu aktorstwu jakichś szczególnych walorów, pewnie nie przyczepiałabym się do niego, ponieważ w tym filmie było ono ani dobre, ani złe - po prostu przeciętne. Ale, podsycony medialnie apetyt, oczekiwał na zaspokojenie, którego mu, niestety, nie dostarczono. Dziwne, że nie wzięto pod uwagę prostej prawidłowości, że  im bardziej chwali się coś, tym większe jest ryzyko, że to coś może rozczarować, z siłą wprost proporcjonalną do oczekiwań. Różnicę w klasie aktorstwa młodych i nieco starszych wykonawców doskonale pokazuje scena wymiany wzruszeń wywołanych śmiercią babci i matki pary ważnych bohaterów tego obrazu. I tak, gra A. Chyry, zszokowanego (mimo przewidywalności) śmiercią matki, jest nad wyraz przejmująca, poruszająca. Trudno zapomnieć twarz autentycznie sparaliżowaną bólem i głos z trudem wydobywający się z gardła. W tej samej scenie, Mateusz Kościukiewicz usiłuje (nie powinno być widać, jak się do tego zbiera, ale widać) przekonująco dotrzymać kroku filmowemu ojcu. Niestety, wypada blado, niewiarygodnie, a nawet dziwnie, z tym ortodontycznym felerem, który posiada. I kilka pytań retorycznych przy okazji: czy to dziś aktor nie musi już mówić wyraźnie? czy fatalna dykcja, wymowa celofanowa (czytaj: szeleszcząca), nie ma związku z jakością aktorstwa? czy aktor z celofanową wymową musi śpiewać, skoro tak śpiewa, że ani słowa zrozumieć się nie da (a przecież w punku tekst jest bardzo istotny, najczęściej to on różni od siebie poszczególne utwory)?
     Nie podobała mi się również gra Olgi Frycz. Widziałam ją kiedyś u Wojewódzkiego i przyznam, że zaciekawiła mnie na chwilę. Ciekawość minęła szybko, po filmach WCK i Rzeźnia nr 1. Mimo zupełnie odmiennych ról, gra Olgi była tak samo kiepska, a obie postaci odegrane identycznie, przy użyciu tych samych środków wyrazu. W konsekwencji córkę dysydenta od córki prowincjonalnego biznesmena rzeźnika różnił jedynie makijaż.
      Ale wróćmy do Mateusza Kościukiewicza, który dał się też poznać jako obiekt zainteresowania kolorowej prasy dla pań. Z przeprowadzonej z aktorem rozmowy wyzierała od niechcenia wysoka samoocena i kreowanie swego image’u głównie w oparciu o kontrolowaną tajemniczość (w wywiadzie uchylono rąbków opowieści poruszających: a to ocieranie się o śmierć, a to koleje niezwykłej inicjacji w dorosłość). Poza tym - obliczone na efekt (bo w szczerość powątpiewam) - manie wszystkiego i wszystkich w d...e, oprócz "tych, których kocham". W dodatku jeszcze źle skrywana pogarda dla brzydkich kontrolerek biletów tramwajowych (patrz ekskluzywny  ;) wywiad w "Pani"), choć zaiste uroda młodego aktora - niewysokiego, krzywonogiego, z niedoskonałym uzębieniem - może również budzić rozmaite oceny.


      Kilka miesięcy po WCK miałam okazję poznać obraz wyreżyserowany przez Pawła Salę, Matka Teresa od kotów. 
      Chcąc nie chcąc, muszę przyznać, że ten film wywarł na mnie znacznie lepsze wrażenie niż WCK. Po pierwsze historia (choć szokująca) mniej pretensjonalna, po wtóre swoiście przejmująca - z uwagi na kluczowy motyw matkobójstwa, po trzecie kryjąca w sobie pewien autentyzm. Ten ostatni nie wynika bynajmniej z rozegrania wydarzeń w określonej, boleśnie prawdziwej przestrzeni, ale zwyczajnie stąd, że autorzy zmuszają widza, by sam sobie znalazł odpowiedź na pytania w tym filmie postawione - jak w życiu, które zawsze wymyka się prostym i gładkim rozwiązaniom. Bardzo trudno jest zidentyfikować źródło i przyczyny zła, które rozpanoszyło się w opowiadanym świecie. I to jest zasadniczy walor tego filmu. Przyzna mi rację ten, kto oglądnął MTok uważnie, bądź po raz drugi. Z aprobatą przyjmuję również pomysł regularnej retrospektywy w obrębie kompozycji - opowieść biegnie od końca do początku. Jest w niej kilka niedociągnięć scenariuszowych, jakby dziur fabularnych, ale może to być sprawa bardzo subiektywnie odczuwana, więc nie pociągnę tego wątku. Scenariusz zresztą, jest w moim odczuciu trochę nierówny - do połowy filmu jest OK, potem wkrada się w tę opowieść pewna sztuczność, wynikająca ze spiętrzania sytuacji i zachowań mających niewielkie prawdopodobieństwo życiowe.
     Natomiast zdecydowanie ujemnie - w mojej opinii - należy ocenić aktorstwo. Myślę, że obronną ręką wyszedł ze swej roli Mariusz Bonaszewski, tu chyba najmniej można się o nie czepiać. Z kolei beznadziejnie słaba jest odtwórczyni postaci matki młodocianych zabójców - Ewa Skibińska. Widzę tę aktorkę (atrakcyjną kobietę w wieku dobrze średnim) po raz pierwszy, więc zerkam w jej CV i przekonuję się ze zdumieniem, że na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza grała w kilku filmach oglądanych przeze mnie, a ja jej w ogóle nie zarejestrowałam w pamięci (z Filmweb'u wynika też, że grywa w telenowelach, niestety nie oglądam). Nie wiem, może to nie jest sprawa sztuki aktorskiej, może należy się czepiać scenarzysty, warstwy dialogowej, tak dennej w odniesieniu do tej postaci. Albo odwrotnie: może to szczyt scenapisarskiego kunsztu - bo gdy oglądam i słyszę Ewę Skibińską w tym filmie, to we mnie samej wyzwalają się mordercze instynkty (żarcik, żarcik :).
    Dzieciak grający młodszego z braci jest - ani słaby, ani mocny. Nie podejmuję się pisać na jego temat więcej, bo i tak dostatecznie skutecznie kreuję się tu na wredną jędzę. Ewę Szykulską też oszczędzę: poza tym, że przefajnie kiedyś wyglądała w "teledysku" o prześlicznej wiolonczelistce, dla mnie jest aktorką jednej roli, w Dziewczynach do wzięcia. No i wisienka na torcie - Mateusz Kościukiewicz. Ha!


     Ja Wam mówię, jest dobrze, jest dobrze, ale nie najgorzej jest :) Myślę, że Mateusz Kościukiewicz włożył w swą rolę dużo serca i energii. To widać. Mnie jego gra niespecjalnie przekonuje, ale rozumiem, że może się podobać, że są tacy, którzy doceniają jego starania. Muszę jednak dołożyć, że w moim odczuciu ten młody aktor przeskoczył z jednego planu filmowego (WCK), na drugi (MTok) - może tylko buty mu zmienili. No i teksty mocno inne wygłasza. Ale przy tym samym zestawie min, identycznej ekspresji i... seplenieniu.    
    Jak wynika z tego przydługiego wywodu, moje nastawienie do bohatera niniejszego posta jest  entuzjastyczne inaczej. Z jakiegoś jednak powodu, krytyka, a wraz z nią media, upodobały sobie Mateusza Kościukiewicza. Uważam, że mocno na wyrost, nadmiernie. I żeby nie było: naprawdę nie uzurpuję sobie prawa do jedynie słusznych ocen. Po prostu, nie dostrzegam w Mateuszu Kościukiewiczu ani niepospolitego talentu, ani szczególnie interesującej osobowości. Nie wykluczam, że mamy tu do czynienia ze stadium zalążkowym (przede mną Sala samobójców, może się nawrócę), ale póki co....
     Na koniec kamyczek do ogródka mediów (polskich w szczególności), które działają wg prostej zasady: nie Wy, odbiorcy, lecz my, media, zdecydujemy o czyimś talencie lub o jego braku. My podamy Wam gotowy produkt: pokochajcie go lub znienawidźcie, byle iskrzyło.
    Tak, iskrzenie to podstawa dobrobytu. Może dlatego media szyją przypadkowym chłopcom odblaskowe kubraczki buntowników na miarę Jamesa Deana.
..

Brak komentarzy:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...