piątek, 18 marca 2011

Sanctum 3D

   Na wstępie krótka spowiedź, niosąca ryzyko zaliczenia w poczet półgłówków: upłakałam się na tym filmie. Na początku, w środku, na koniec, potem w samochodzie (wreszcie na całe gardło, bez krępacji), w domu jeszcze ze dwa razy, ukradkiem (żeby kaftan bezpieczeństwa nie przyjechał).


   I właściwie dlaczego? No właśnie. No właśnie... Sama się analizuję, rozkładam na cząstki, potem syntetyzuję i znów na cząstki, i znów do kupy... Wreszcie chyba mam teorię. To... po kolei:
   Film opowiada o wyprawie speleologów w głąb dziewiczych przestrzeni systemu jaskiń Esa'ala w Papui Nowej Gwinei. Wyprawa długo i profesjonalnie przygotowywana, realizowana przez zespół doświadczonych grotołazów. Towarzyszy jej naukowy i zdobywczy entuzjazm, konsekwentna determinacja, a długofalowa penetracja jaskiń już niebawem powinna zakończyć się sukcesem speleologicznym dużego formatu. Zwieńczenie wyprawy, odkrycie ostatniego odcinka systemu (doniosłość tego odkrycia podkreśla jego porównanie do niegdysiejszej roboty Kolumba), to kwestia kilku, najwyżej kilkunastu godzin.
     I nagle wypadki zaczynają toczyć się torem nieprzewidzianym przez uczestników, po czym właściwie wszystko wymyka się spod kontroli, a za pulpitem sterującym wydarzeniami zasiada Ktoś Inny (zresztą, czy nie siedzi za nim od zawsze?). Co się dzieje w obrębie klamry (film rozpoczyna się i kończy tym samym ujęciem)? Zobaczcie sobie sami!


     A tymczasem analiza przyczyn tej wielokrotnej wylewki, o której mowa na początku. Otóż pierwsze grochy potoczyły się na widok owej Papui Nowej Gwinei, oglądanej z lotu żelaznego ptaka. Wrażenie niesamowite - zwłaszcza dla kogoś, kto rzadko zagląda na Discovery Channel i jemu podobne. Obraz gęstwiny lasów tropikalnych i ogromny krater systemu Esa'ala - są nie do zapomnienia (fotka poniżej: czerwony i żółty punkcik po prawej to wozy dostawcze ekspedycji). I gdy tak zderzyć ten namacalny dowód skończonego piękna Ziemi ze świadomością dewastacji, brudu i syfu, bezlitośnie jej przez nas serwowanych - jakże tu nie płakać? - Płakać, płakać!


   Takich wzruszeń wywołanych poznawaniem natury, w jej skrytych przed okiem zwykłego śmiertelnika przejawach, będzie na tym filmie więcej. Jeśli o mnie chodzi - największe oszołomienie i zachwyt towarzyszyły mi w pierwszych chwilach wydarzeń rozgrywających się w Esa'ala, gdy para bohaterów znajduje się w wypełnionej wodą "po sufit" przeogroooooomnej jaskini - długo i z trudem zdobywanej. To miejsce porównano (jakże trafnie!) do katedry. Jeśli technologia 3D ma wywoływać przypisywane jej wrażenia - to właśnie w tym momencie filmu jest to najskuteczniejsze: na moment znalazłam się wewnątrz świata przedstawionego. Cóż dalej? Zdobyta podziemna katedra zapragnie ofiary za swą dziewiczość - i trzeba ją będzie złożyć. Wtedy widz zrozumie, że ma do czynienia z pięknem, którego nieodłącznym towarzyszem jest potęga unaoczniająca, jakże śmiesznym - w swej gatunkowej megalomanii - stworkiem jest człowiek. I tak już będzie do końca.
    W tym filmie (rozrywkowym i komercyjnym z założenia), jest jeszcze kilka interesujących, godnych uwagi elementów. Nie wiem - odkrywczych, czy nie - pewnie "tak" dla jednych, "nie" dla drugich.
    I tak, Sanctum opowiada na przykład o naturze ludzi, którzy nie znajdują dla siebie miejsca w tzw. zwyczajnym życiu, w codziennej dreptaninie, w mnożeniu materialnych dóbr, a zamiast tego - często za wysoką cenę (miłości rodziny, akceptacji społecznej) żyją trybem zupełnie niepodobnym do funkcjonowania większości z nas.
   Sanctum to także opowieść o próbie, która weryfikuje jednocześnie wszystko, co dotyczy ludzi w specyficznych sytuacjach: granice wytrzymałości ludzkiego organizmu, większość typów inteligencji człowieka, jego wrażliwość etyczną. I właśnie tę ostatnią zaprezentowano dość przewrotnie. Oto twórcy filmu pokazują, że celowe odebranie życia człowiekowi przez innego człowieka może być aktem trudnego humanitaryzmu lub miłości, zaś śmierć samobójcza - traktowana w naszej kulturze jako tchórzliwa i grzeszna - przejawem heroizmu i najwyższego poświęcenia dla dobra innych.
 

Film, w którym brak wyraźnie pierwszoplanowego bohatera,  pokazuje też mechanizmy ujawniania się słabości lub siły ludzkiego charakteru i przebieg odkrywania prawdy o drugim człowieku - nieodgadnionej w żadnych innych okolicznościach, poza skrajnymi. Oto Josh, który od wielu lat nie może się porozumieć z własnym (bardzo cenionym i szanowanym przez innych) ojcem, szefem ekspedycji, przyjaźni się serdecznie z  facetem, który jednocześnie finansuje wyprawę i bierze w niej udział. To typ błyskotliwego, budzącego sympatię pewniaka, który wprost proporcjonalnie do dramatyzmu wydarzeń zacznie się kurczyć do rozmiarów małego tchórza owładniętego manią przeżycia za wszelką cenę. To banalne i ograne, ktoś powie. Jasne - dla kogoś, kto już trochę poczytał i pooglądał (może przeżył).
   Przeglądnęłam kilka recenzji widzów na temat Sanctum 3D: szeroki wachlarz opinii, od "dno totalne" do "jeden z lepszych filmów widzianych w życiu". Nie wnikam w wiek, kulturę filmową recenzentów, nie dyskredytuję ich sądów.
    Zgadzam się z tymi, którzy dostrzegają w obrazie warstwę funkcjonowania i zależności w grupie, czy też obraz zachowań ludzkich w szczególnych okolicznościach. Spośród zarzutów powtarzają się dwa. Pierwszy bawi mnie szczerze: jest to zarzut "przewidywalności" fabuły. Jasne, że tak, ale tę teorię należy uzupełnić: ten film był tak przewidywalny, jak przewidywalne jest życie ludzkie - jak już się ktoś urodzi, to ma jak w banku, że będzie dojrzewał, że wędrując drogą życia będzie poznawał rozmaitych ludzi i wchodził z nimi w interakcje, że część swoich zamierzeń i celów zrealizuje, a innych nie, że wreszcie umrze - prędzej lub później.
   Drugi zarzut, którego nie rozstrzygam, bo brak mi punktów odniesienia, to pretensje o efekty 3D - dla mnie rzecz trochę drugorzędna. Nie jest to magnes, który mnie szczególnie przyciąga. Oglądałam w tej technice raptem 4 filmy i uznałam, że nie jestem jej zajadłą amatorką. Jak wspomniałam, na Sanctum tylko jedno ujęcie zrobiło na mnie silne wrażenie pod tym względem. Wolę skupić się na tym, że film zawiera prosto (co prawda) skrojone szyfry kilku prawd (jednak) uniwersalnych. Jedna z nich jest smutna szczególnie, bo ujawnia, że najpiękniej jest tam, niestety, gdzie nie ma człowieka, jego pychy i przekonania o panowaniu nad naturą, co w rezultacie okazuje się mrzonką, a za nonszalancję wobec tejże natury przychodzi niekiedy płacić słone rachunki.
   No dobrze, ale czy to wszystko stanowi wystarczający powód do wylania w trakcie filmu (i po nim) wiadra łez? Tak, tak, tak! - choć wiem, że zrozumienia w tej sprawie mogę szukać jedynie wśród klaustrofobików, którzy są już po emisji obrazu. Jeśli o mnie chodzi, jak na razie tylko Wieliczka przebija Sanctum 3D. Polecam!

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

fajnie napisane!

Prządka pisze...

Bardzo dziękuję:) Spodziewałam się raczej mycia głowy za ten post, bo czy to wypada pisać pochwały pod hollywoodzką komerą? Pozdrawiam Autora komentarza:)

Anonimowy pisze...

Zaciekawiła mnie recenzja, aż obejrzę ten film.

Prządka pisze...

Szczerze polecam:)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...