niedziela, 11 września 2016

Poszły sobie. Obie.

Kiedy zastanawiałam się ostatnio nad blogerską przestrzenią, wyobrażałam sobie, że napiszę jeszcze wiele postów, zanim znów przyjdzie mi dzielić się swoim kolejnym smutkiem z Gośćmi mojej Przędzalni. 
Ale stało się i mam potrzebę, a nawet swoisty obowiązek, by o tym opowiedzieć... Otóż, dziś o poranku odeszła od nas druga z moich czworonożnych przyjaciółek - Kojo. Było to tak niespodziewane i tak nagłe, że do tej chwili nie mogę uwierzyć w przebieg tej niepełnej minuty, która była ostatnią z milionów chwil spędzonych razem. 
Kojo, podobnie jak Pola, nie była planowana. Przybłąkała się na nasze podwórko, i nie wiem, czy trafiłaby pod nasz dach, gdyby nie to, że sąsiedzi, którym przeszkadzały jej koncerty wieczorne, przypominające odgłosy kojocie, doszli do wniosku, że psa należy zwabić i wywieźć jak najdalej. Za pierwszym razem najprawdopodobniej wywieźli ją zbyt blisko i pies powrócił następnego dnia. I może nie podejrzewalibyśmy ich o taką podłość, gdyby nie ponowili próby, jak im się wydawało, tym razem udanej. Zostali jednak przez nas przyłapani na tym procederze i pewnie do dziś pamiętają urządzoną im awanturę oraz jej skutki. Na szczęście nie próbowali przywiązywać psa do drzewa, jak to się zdarza bestiom przebranym za ludzi, bo po trzech dniach udało się Psinie wrócić. Kiedyśmy ją zobaczyli na podwórku, zapadła natychmiastowa decyzja - będzie z nami.
I była, do dziś - w sumie 14 lat: z nami, Polunią i, od jakichś pięciu lat, rozrastającą się gromadą kocią - w harmonii, zgodzie, silnej wzajemnej więzi. Kiedyś powrócę do wspomnienia o tym pięknym czasie. 
Dwa miesiące temu Kojo przeszła bardzo poważną operację. Byliśmy pełni obaw o jej życie. W zbliżającym się tygodniu planowaliśmy zadzwonić do lekarza, który dba od kilku lat o nasze czworonogi, by mu podziękować za kolejny jego i nasz sukces, bo byliśmy pewni, że - mimo nie najlepszych rokowań - musi już być dobrze, że przedłużyliśmy jej życie o kilka następnych lat. Skomplikowana rana zagoiła się tak, że prawie nie było po niej znaku, dobry nastrój i apetyt pozwalały na optymistyczne wróżby. I właśnie dziś okazało się, jak złudne były nasze nadzieje.
Cała rzecz, zwana umieraniem, trwała zaledwie kilkadziesiąt sekund. Nigdy nie sądziłam, że można umrzeć tak błyskawicznie. Tak się zawinąć w ułamkach sekund. Może to dobrodziejstwo dla odchodzącego? Podobno tak. Ale ci, którzy pozostają, nigdy nie są gotowi na wdzięczność za to dobrodziejstwo. 
Mieliśmy na dziś zupełnie inne plany, kochany, dobry, wierny Piesku! 
Kto będzie teraz godził koty, kłócące się w kolejce do miski z karmą? Kto będzie pilnował toreb z zakupami, by nie dostało się do nich żadne kocie futro? Kto okaże zajadłą i głośną wrogość listonoszowi, Bogu ducha winnemu? Kto z histeryczną radością powita naszych Bliskich, składających wizytę, jakby byli ostatnimi ludźmi na planecie Ziemia? Kto będzie robił za miękkie kapcie, leżąc mi na stopach pod stołem? Komu nie będę dziś musiała ugotować ryżu na kurzej nodze, na jutrzejszy posiłek? Kto, komu, Kojotku?
Na przemian ból i niedowierzanie. Bardzo ciężko. Nie tylko ciężarem śmierci Domownika, ale też przeczuciem długotrwałości tego brzemienia. Do tego podwójnie dziś piekące wspomnienie żalu po śmierci Poli i bolesna konstatacja: POSZŁY SOBIE. OBIE.


sobota, 23 lipca 2016

Co się stało z naszą... blogosferą?

No właśnie! Co się z nią stało? 
Czy zauważyłyście, zaprzyjaźnione Blogerki, że pierwszy blogerski entuzjazm mamy już dawno za sobą? Tak, tak! Słyszę właśnie echa Waszych westchnień i zastanawiam się nad przyczynami naszej absencji - czy to brak czasu (to jeden z bardziej pokrętnych wykrętów :))), może ważne zmiany w życiu, odrobina przesytu, znużenia, zmęczenie materiału? Co macie na swoje usprawiedliwienie, moje miłe?  
Wcale nie tak dawno posty na moich ulubionych blogach zmieniały się niemal codziennie. Dobry był każdy pretekst: ugotowany smakołyk, upieczone ciacho i chęć podzielenia się przepisem, robótka ręczna, przeczytana książka, wyprawa za miasto, widok każdej z pór roku, wyzwania, rozdawajki.... długo by wymieniać. I nagle? Urwało się. Mogłabym przytoczyć nieubłagane statystyki Waszych blogów i spytać, dlaczego np. w roku 2011 publikowałyście po 120 postów rocznie, a teraz jest tych wpisów 12 na przestrzeni dwóch lat? I wiecie, co? Ten spadek aktywności dostrzegłam nie tylko wśród Was, ale również na wielu blogach obcojęzycznych, które uwielbiałam podglądać. Tam też jakaś niemoc blogerska zapanowała... 
Ktoś spyta: no, ale po co te rozliczenia? Co ci do tego? Odpowiadam: nic mi do tego. Głośno sobie rozważam temat, wskazany w tytule posta. Rozmyślam też, czy nasz powrót do tej wzmożonej aktywności blogerskiej jest w ogóle możliwy - tyle się wokół zmienia, tylu innym sprawom poświęcamy swoją uwagę...  To aktywne blogowanie dla wielu z nas było pewnie jakimś etapem - fajnym, ekscytującym, obiecującym... Człowiek poznawał wirtualnie masę ludzi, naoglądał się fajnych zdjęć, naczytał rozmaitych przemyśleń na tematy fajowe, sam się nawysławiał..... I nagle - trach! Skończyło się trochę. Widzę, co prawda, że blogerki scrapbookerki są w miarę aktywne, natomiast biżuteryjki, dziewiarki, hafciarki? Oooooo, te podupadły srodze! Natomiast to, czego nie da się nie zaobserwować na blogspocie - to straszliwy wysyp blogów modowych. Ludzie kochane! Epidemia jakaś! Na tym polu mamy zarówno dziewczęta 10 plus, jak i panie 60 plus. A każda ma ambicję być stylistką połowy świata w swojej kategorii wiekowej! Rozziew jakościowy jest przy tym jak Wielki Kanion Colorado, od pustkowia umysłowego i tandety totalnej, po fajne, estetyczne, inspirujące blogi, zaopatrzone artystycznie. Dla mnie, jako obserwatorki polszczyzny, są to w dodatku miejsca ciekawych spostrzeżeń, które na przemian - raz ubawią mnie serdecznie, innym razem przerażą nie na żarty :)
Dlaczego sama przestałam pisać w Przędzalni? Przyznaję bez tortur: bo ostygł mój zapał, bo plany zostały zweryfikowane, oczekiwania poddane prostowaniu, a życie, w dodatku - jak to ono - napisało scenariusze i bardzo chciane, i bardzo niechciane, co skutecznie odciągnęło mnie od blogerskiej publicystyki :)
A jak z Wami, kochane? Co sądzicie na podrzucony temat? Dlaczego zaprzestałyście aktywności w blogosferze? Czy planujecie do niej powrót?
Ja stale uważam, że to nasze wirtualne pamiętnikowanie, ten żurnaling codziennych wydarzeń, to uświęcanie codzienności, choćby banalnej, miało tyle uroku, przynosiło tyle przyjemności, że żal byłoby go zaprzepaścić, porzucić. My right? :)
Pees. Pozwoliłam sobie wykorzystać w poście fotki profilowe niektórych z Was, mam nadzieję, bez obrazy? :)

sobota, 20 lutego 2016

I tak oto, od ostatniego wpisu w Przedzalni....

.... niepostrzeżenie minął - długi? krótki? - rok. Nie było w jego trakcie ani jednego dnia, żebym - choć przez chwilę - nie pomyślała o swojej Poluni. Tak sobie założyłam, gdy odeszła za Tęczowy Most, codziennie z ulgą konstatując, że dotrzymuję danego sobie słowa. Trochę masochistycznie? może dziwacznie? Bez znaczenia. W niewidzialną substancję myśli rozmaitych tego czasu wplotłam mereżkę złożoną z 365 wspomnień mojej kochanej Psiny, a jej wzór zmieniał się stopniowo: smutek, żal i tęsknota ustępowały miejsca spokojowi i przywoływaniu najfajniejszych zdarzeń z okresu 18 lat naszego wspólnego pomieszkiwania i bytowania. 

A w połowie roku pojawił się pod moją strzechą ktoś, kto swój początek musiał brać wtedy, gdy odchodziła Pola. Uznałam więc, że w jakimś ułamku znów jesteśmy razem, dzięki reinkarnacji :) 
Postanowiłam też, że po roku, po upływie pełnego cyklu natury, zamknę wzór swojej mereżki, bo każda taka praca ma przecież swój początek i kres. I ten ostatni dziś właśnie się dopełnił. Od jutra myśli zaczną się układać wg nowego wzoru, nowych technik, innej przędzy: dies levat luctum...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...