niedziela, 28 grudnia 2014

Naszła mnie potrzeba...

napisania czegoś dłuższego, na tyle długiego, aby i samą siebie, i innych pomęczyć co nieco...W końcu świąteczne leniuchowanie nie może trwać wiecznie :) Przystępuję więc do kolejnej recenzji filmu: obejrzane rano, opisane wieczorem. Od razu zastrzegam, nie będzie miło. Voila:
 
Źródło
Bez wstydu
. Film polski, rok produkcji 2012. Reżyseria - Filip Marczewski, scenariusz - Grzegorz Łoszewski (na podstawie pomysłu reżysera i własnego), opieka artystyczna – Andrzej Wajda (!), muzyka - Paweł Mykietyn, grają - Agnieszka Grochowska, Mateusz Kościukiewicz, Anna Próchniak, Maciej Marczewski, Paweł Królikowski i in. W ogóle lista płac cholernie długa – przeglądając niekończące się napisy końcowe odkryłam, że można współtworzyć dzieło filmowe będąc... dostawcą cateringu. OK, w związku z powyższym, w szacownym gronie twórców tego obrazu zabrakło chyba jeszcze jedynie babci klozetowej.  
  Rzecz jest o: miłości kazirodczej, konflikcie polsko-cygańskim, faszystowskich inklinacjach Polaków, platonicznej miłości Cyganki do Polaka i diabeł wie, o czym jeszcze. Niby sprawy poważne i ważne, ale w tym filmie po prostu liźnięte po łebkach i bez motywacji, jakby twórcy żegnali się już z tym łez padołem i zapragnęli na odchodnym potrząsnąć wrażliwością widza maksymalnie obfitą porcją problemów. Klasyczny groch z kapustą, w którym wszystkie z istotnych wątków poprowadzono fatalnie, niekonsekwentnie, asekuracyjnie.
Źródło
   Dwójka głównych bohaterów to młodzi ludzie, rodzeństwo, Anka (Agnieszka Grochowska) i Tadzik (Mateusz Kościukiewicz), choć teoria o pokrewieństwie jest w filmie czasem kwestionowana. Nic nie wiemy o ich przeszłości. Wydarzenia rozgrywają się w niewielkim mieście, przypominającym Wałbrzych, dokąd wraca (skąd? ze szkół? na wakacje?) Tadzik. W tym wątku Tadzik, zakochany w swojej siostrze, będzie próbował zdobyć ją i jej miłość, rywalizując na tym polu, bez większego skutku, z facetem Anki. Ona sama odczytuje bezbłędnie intencje brata (być może już wcześniej przydarzyły się tej dwójce sygnały bądź incydenty zapowiadające ich niewłaściwe relacje?) i jest im przeciwna, co nie przeszkadza jej chodzić po mieszkaniu nago lub prawie nago w obecności Tadzika, a w chwili miłosnego zawodu (narzeczony ma skłonności wiarołomcze),  spędzić upojną noc z bratem, w jego łóżku. Ten wątek (film zresztą też) zakończy rozstanie rodzeństwa, ale nie jakieś tam dramatyczne, pełne rozpaczy, jakby się można było spodziewać po tak grzesznym związku. Bohaterowie pożegnają się nad miską jedzonych wspólnie lodów pistacjowych i okraszą te chwile beztroskim uśmiechem, co wprawdzie zdecydowanie uwalnia nas z obaw o ich traumę, ale budzi zażenowanie brakiem sensownego pomysłu scenarzysty i reżysera na zakończenie filmu. 
Źródło
Kolejny wątek, snujący się wokół wzajemnej niechęci Polaków i Cyganów, rozkwitnie w dwóch momentach – w obrazie agresywnego zachowania Romów, gdy w „Cyganowie” zawita Tadzik poszukujący zakochanej w nim Irminy (Anna Próchniak) oraz w trakcie migawkowo ukazanego cygańskiego wesela owej Irminy, zaatakowanego przez miejscowe krótkogolone karki, co łączy ów wątek z problematyką partyjek politycznych o faszystowskim charakterze, najskuteczniej funkcjonujących w obszarach biedy i odmienności kulturowej. Co, poprzez te wątki, chcieli ujawnić twórcy, co zamierzali odkryć, jaki nowy głos chcieli dodać do dyskusji na te trudne tematy, który aspekt owej debaty pogłębić? Dalibóg, nie wiem.
   Gdybym miała oceniać pracę odtwórców najważniejszych ról… Agnieszkę Grochowską lubię i uważam za dobrą aktorkę, choć rola dziewczyny rozmemłanej życiowo (acz z pozorami energii), wiecznie roznegliżowanej i związanej z faszyzującym karierowiczem, gotowym sprzedać ją za cenę lepszego stanowiska dla siebie, pasuje do niej tak se. Muszę przy tym przyznać, że pani Agnieszka to nie tylko bardzo ładna kobieta, ale ma też obłędną (i chyba naturalną!!!) figurę. Mateusz Kościukiewicz… ja, niestety,  piszę o nim tylko i wyłącznie krytycznie (np. tu). Nadal zupełnie nie rozumiem tej przyczepionej mu etykiety wybitnie zdolnego aktora młodego pokolenia. I choć jakiś czas temu słyszałam jego inteligentną i świadczącą o dużej wrażliwości wypowiedź w Trójkowo Filmowo, do jego aktorstwa przekonać się nie mogę. W tym filmie na pewno pobił rekord bezradnego mrugania powiekami, ponadto nadal se-ple-ni. I jeszcze coś: mnie drażni sposób, w jaki ten aktor wypowiada swoje kwestie, razi mnie ich nienaturalna intonacja. Gdybym chciała być jędzą ostateczną, napisałabym, że tak jak dawniej, nadal jest niewysokim człowiekiem na krzywych nogach, który ma problem z prawym kłem (nazywam to problemem, bo i operator, i sam aktor starają się nie eksponować uśmiechu z prawego profilu), ale powiedzmy, że nie ma to znaczenia w ocenie jego pracy. Rola prześlicznej Anny Próchniak, znanej mi również z Miasta 44, zapowiadała się interesująco i jeszcze do połowy filmu miałam jakieś oczekiwania co do tej postaci. Niestety, scenarzysta i reżyser byli, widać, odmiennego zdania i obecność Irminy spłaszczono ostatecznie do formatu naleśnika. No, może omletu. Odtwórca roli faszyzującego karierowicza – Maciej Marczewski, moim zdaniem poradził sobie nieźle, jako postać drugoplanowa. Był przekonujący, choć uważam, że ten scenariusz nie wymagał od niego jakichś szczególnych umiejętności. I na koniec Paweł Królikowski: jego epizod byłby bardzo udany, gdyby nie to, że mimikę, głos i resztę aktorstwa tego pana znam, chcąc nie chcąc, na pamięć, ponieważ próbuje on niemal codziennie wyskakiwać z wielu kanałów TV (i lodówki, jak to mówią).
Źródło
  Ciepłe słowa chciałabym skierować pod adresem Pawła Mykietyna, którego muzykę filmową bardzo cenię. Przyznam jednak, że ścieżka dźwiękowa przykuła moją uwagę dopiero przy napisach końcowych, co oznacza, że albo muzyka była mocno schowana w trakcie filmu, albo moja uwaga strasznie na nim skoncentrowana. Wątpliwość owa pozostanie nierozstrzygnięta, bo nie byłabym w stanie przemęczyć tego filmu po raz drugi.
   I tyle. Z czystym sumieniem wykasowuję z zakamarków osobistych zwojów mózgowych. Bez wstydu nie trafi do mojego Archiwum Kinomaniaka, nawet jeśli uzyskał jakieś rewelacyjne recenzje, czego pewności nie mam, bo nie chciało mi się szukać.
Szczególne pozdrowienia i ukłony dla tych, którzy do wersu z pozdrowieniami dobrnęli :) 

wtorek, 23 grudnia 2014

Jest taki dzień...

     ... bardzo ciepły, choć grudniowy, jak śpiewa pięknie jeden pan. Ten dzień tegoroczny nie tylko w przenośni ciepły, ale też dosłownie. Na polskim biegunie zimna będę wypatrywać pierwszej gwiazdy w temperaturze plus 5. Mój smutek, że okien naszego parteru nie otula skrząca pierzynka, i że mróz nie tarmosi za nos i uszy, uznaję po namyśle za bezzasadny - wszak Józef z Marią nie przedzierali się przez zaspy śnieżne, gdy zamierzali do pewnej stajenki. W 2014 lat po Ich przybyciu do celu, meteorolodzy zapowiadają na 24. grudnia w Betlejem około 10 nad kreską. Będzie więc podobnie, nie tylko termometrowo.... 
      Jak zawsze, w ten szczególny czas, podobnie jak na całym świecie, zapomnimy, co nas dzieli, a skupimy na tym, co łączy. To będzie trwało krótko, ale zawsze z tą samą wielką mocą (jak szkoda, że tej dobrej energii nie da się przechować w jakimś akumulatorze!). Każde z nas odczuje to COŚ - nawet, jeśli jesteśmy zgorzkniali i zawiedzeni, nawet, jeśli oburza nas obłuda świata, nawet, jeśli jesteśmy ironistami, skłonnymi do zupełnie innej interpretacji tego szczególnego sygnału z najgłębszych zakamarków duszy. Wigilijna opowieść znajdzie jutro wiele różnych zakończeń, ale jej początek będzie taki sam, pod dachami wszystkich chrześcijan świata.
      Chciałabym, by to unikalne poczucie wspólnoty łączącej miliard ludzi, mogło przetrwać nieco dłużej, niż krótkie, reglamentowane chwile, a życzenia złożone tego dnia, by mogły być tak szczere, jak dźwięk skrzypiec pana Andre Rieu i towarzyszącego mu chóru ludzkich głosów. Tego i Wam z serca życzę. Wszystkiego dobrego, Kochani Goście Przędzalni Rozmaitości - wielu pięknych bożonarodzeniowych wzruszeń, radości trwalszej, niż okres świętowania, nadziei i wiary w dobro i piękno.

środa, 25 czerwca 2014

A czas jak rzeka, jak rzeka płynie...

    Pięć lat mija dziś od nagłej śmierci Michaela Jacksona. Pamiętam - jakby to było wczoraj - swoje wielodniowe niedowierzanie po porannym serwisie informacyjnym 25. czerwca 2009 r. i poczucie przykrości, towarzyszące mi długo, długo - choć od lat Michael pozostawał w cieniu sukcesów tysięcy innych muzyków, a jego życie prywatne pokrył kurz zapomnienia, wygenerowany przez świeższe medialne smaki i smaczki. Cóż, Human nature...


   Czas płynie, jak rzeka: jednostajnie i nieubłaganie. Zaciera obrazy, oddala wspomnienia, sprawia, że blakną szeregi tych, którzy przeminęli. Jednak niektórym z nich szczęsny los wpisał w biografię słowa Horacego: non omnis moriar. I rzeka czasu jest wobec nich bezsilna.
    Zaliczam do tego grona Michaela: genialnego kompozytora, aranżera, producenta. Kiedy chcę się na chwilę zatrzymać w biegu, skupić na szczególe, poszukać uspokojenia w dźwięku, uruchamiam swoją prywatną Jacksonową playlistę - skutkuje zawsze. Dziś - ku pamięci - Earth song, bo ona wstrząsa mną za każdym razem z taką samą siłą.


Pogodnych wakacji - wszystkim, którzy je za chwilę rozpoczynają :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...